Posts Tagged ‘wychowanie’

Nie chcę, żebyś się rozłożyła…

Scenka rodzajowa – Mamusia próbuje namówić Stonkę do połknięcia obrzydliwego paskudztwa celem zduszenia początkowych objawów infekcji. Substancja nader skuteczna, acz jej smak faktycznie pozytywnych uczuć nie wzbudza nawet w samej Mamusi.

- Myszko wypij to, bo nie chciałabym żebyś się rozłożyła teraz przed samymi Świętami…

Stonka grzecznie odmówiła i udała się do salonu…

Po chwili Mamusia podejmuje kolejną próbę. Wchodzi do salonu a tam Stonka w pozycji nader trudnej do opisania… wyglądała jakby była wciśnięta do jakiejś niewidzialnej walizki.

- Możesz mi wyjaśnić co robisz? – Spytała lekko skonsternowana rodzicielka.
- No składam się…
- Ale dlaczego?????
- No jak to dlaczego. Żeby nie pić tego paskudztwa. Bo nie chcę, żeby mnie rozłożyło na same Święta…

 

Doktor, który lubi łowić ryby. Zgadnij kto to…

Mama: Myszko, masz kaszel, chciałabym żeby osłuchał Cię Pan Doktor. Przyjedzie albo doktor Rafał albo doktor Krzyś.
Stonka: A nie mógłby ten, który pływa statkiem?
Mama: ?????????? Statkiem? Ale ja nie znam żadnego pediatry marynarza…
Stonka: On nie jest marynarzem. No wiesz, ten od ryb…
Mama zbaraniała totalnie… Burza myśli… I nic. Postanowiła jednak drążyć dalej…
Mama: To co ten doktor robi z tymi rybami?
Stonka: No nie wiem, pewnie łowi. Skoro mieszka na statku… No wiesz, doktor Zdzisław…
Mama dostała nagłego olśnienia i porażona swym własnym geniuszem mówi:
Nie na statku tylko w Łodzi. Doktor Kubat mieszka w Łodzi.
Stonka: A co za różnica – łódka czy statek… jedno i drugie na wodzie…

 

Dlaczego piaskownice są puste?

Pewnego pięknego i słonecznego dnia poszłam jak zwykle ze Stonkami na plac zabaw.
Stonka: Mamo, dlaczego nie ma żadnych dzieci???
Mama: Bo rodzice tych dzieci są w pracy i dopiero jak wrócą do domu to wyjdą z dziećmi na plac zabaw.
Stonka: Nieprawda. Rodzice nie chodzą do pracy. Do pracy chodzą tylko Tatusiowie. Mamusie są w domu z dziećmi!!!!
Mama: Nie kochanie. W wielu rodzinach do pracy chodzi i Mamusia i Tatuś. U nas jest akurat tak, że tylko Tatuś wychodzi rano a Mamusia jest z wami w domku i może spędzać z wami dużo czasu, ale nie wszystkie dzieci mają tak dobrze…
Stonka: Wcale nie mam tak dobrze, bo czasami musisz pracować na komputerze! – odparła oburzona Stonka.

I wiecie co… ta sytuacja również dała mi do myślenia. Zarówno scenka z koleżanką i robieniem zakupów w supermarkecie opisana poprzednio jak i kwestia mamusi wychodzącej do pracy… Dla Stonki jest to tak oczywiste, że w ogóle nie zdaje sobie sprawy, że u niektórych może być inaczej, że inne dzieci np. wstają bladym świtem bo muszą iść do przedszkola, że więcej czasu z rodzicami spędzają w weekendy lub w czasie urlopu. A moja Stonka uważa się za pokrzywdzoną, bo Mamusia musi od czasu do czasu włączyć komputer. I to jest piękne :)

 

Ocet i musztarda, czyli gdzie Twoja mama robi zakupy…

Dzisiaj parę słów o nowym zjawisku, które coraz bardziej uwidacznia się w codziennym życiu. Świat biegnie do przodu w niesamowitym tempie… Przez mgłę, ale jednak pamiętam stanie w kolejkach po kawę czy inne rarytasy, kartki na mięso, oddawanie makulatury w zamian za talony na papier toaletowy…

O tym jak bardzo dziwne i obce jest teraz to zjawisko świadczyć może wypowiedź pewnej nastoletniej dziewczynki:
“Mamo, skoro, jak mówisz, kiedyś tylko ocet i musztarda na półkach były to jak to w tym Auchan wyglądało????”
W głowie im się nie mieści, że kiedyś nie było hipermarketów, a jak człowiek wyjechał na zachód to nie wiedział jak się w takim molochu zachować. Jakieś żetony do wózków… co z tym w ogóle zrobić??? A potem stało się to absolutnie oczywiste i myślą, że zawsze tak było.

Ale ostatnio wydarzyło się coś, co sprawiło, że zauważyłam nadejście kolejnej ery… Nina zwana Stonką bawiła się z koleżanką o kilka lat starszą od siebie, która wobec młodszej istoty wykazuje bardzo nauczycielskie zapędy. Postanowiły, że będą się bawić w zakupy. Ale najpierw owa koleżanka zaczęła tłumaczyć Nince jakie to różne rodzaje sklepów występują – apteka, mięsny, obuwniczy… potem postanowiła pochwalić się znajomością marketów – i tu repertuar miała naprawdę bogaty. Następnie przeszła do opowieści o tym, jak jej mama robi zakupy – że zawsze kupuje wielkie wory proszków do prania, płyny, i mnóstwo wody mineralnej, “bo wiesz, woda jest bardzo zdrowa. I potem tata musi to wszystko dźwigać i zawsze się złości, że to takie ciężkie i te zakupy tak długo trwają. A Twoja mama gdzie zawsze robi zakupy?”
Przyznaję się do bezczelnego podsłuchiwania i podglądania ich podczas tej rozmowy. Na twarzy Stonki pojawił się wyraz zdecydowanego zbaranienia…
“Zakupy? Zakupy to mama robi w dużym pokoju przy laptopie i potem pan kurier do domu przynosi… ”
” To Twój Tata ma dobrze… Nie musi się złościć na mamę, że tyle jest do dźwigania… ”

I wtedy zdałam sobie sprawę, że faktycznie ona ma rację… Dzięki temu, że kilka lat temu postanowiłam być nie konsumentem, lecz pro-sumentem, nie muszę dźwigać tych wszystkich zakupów, tracić czas w marketowych kolejkach… Mechanizm Prosumenta daje mi możliwość nie tylko zaoszczędzenia czasu, który mogę wykorzystać na przyjemniejsze rzeczy, lecz również pozwala generować dochód, dzięki któremu po urodzeniu najpierw Stonki a potem Stonka nie musiałam wrócić do pracy… To ja widzę jak rosną, rozwijają się i to ja radzę sobie z nimi, gdy grandzą jak “pijane zające w kapuście”. Kolejnym plusem Mechanizmu Prosumenta jest to, że nie jestem tylko w domu z dziećmi. One są bardzo ważne, ale muszę mieć kontakt z ludźmi i czuć, że robię coś jeszcze a nie tylko kaszki i pieluszki. Mam wolność wyboru i to jest w tym wszystkim najważniejsze!

Pewnie nie wszystko robię idealnie, ale to JA decyduję o tym jak ich wychowam a nie opiekunka czy babcia. I jeśli coś nie wyjdzie (a takiego scenariusza nie przewiduję), to przynajmniej nie będę obwiniać o to innych… A co Stonka sądzi na ten temat? O tym w następnym wpisie.

 

Co ma “Ło – ba – ma” do spadającego samolotu?

Tym razem o twórczości językowej Stonka Młodszego. Podobno chłopcy zaczynają mówić później niż dziewczynki. Akurat w przypadku moich dziatek to się zgadza, ale być może nie u wszystkich. W każdym razie Stonek Młodszy również osiąga pewne postępy językowe.

Stonek bardzo entuzjastycznie reaguje na samoloty, które z racji bliskiej odległości od lotniska pojawiały się akurat często i gęsto. W pewnym momencie z wielką radością pokazał na coś łapką i krzyczał pełen emocji”Ło – ba – ma!!!!!!!!! Ło-ba-ma!!!!!!” Dziewczyna, która była akurat wtedy z nami szybko rozejrzała się wokół i zapytała: “Gdzie? Gdzie? Jeszcze nigdy nie widziałam go na żywo!”
Spojrzałam na nią lekko skonsternowana. O czym ona bredzi? Kogo nie widziała na żywo???
- “No jak to kogo? Obamy!”
ja: – Jakiego Obamy?
- No prezydenta Stanów…
ja: No ja też go nie widziałam nigdy na żywo, naszego Prezydenta też nie widziałam na żywo, ale dlaczego miałabyś go zobaczyć akurat teraz i tutaj?????
- No jak to, przecież Stonek wyraźnie pokazywał i wołał “Łobama!”

Teraz już skołowaciałam totalnie… Ale szybko przyszło olśnienie i wyjaśniłam krztusząc się ze śmiechu:
- Po pierwsze – jak mogłaś w ogóle pomyśleć że on potrafi zapamiętać nazwisko Prezydenta Stanów Zjednoczonych?? Poza tym, skąd Stonek ma wiedzieć jak on wygląda i jeszcze rozpoznać go na ulicy??? Jemu chodziło o to, że samolot spadł…

Teraz skołowacenie uwidoczniło się na twarzy koleżanki… Jaki samolot spadł? Nic nie zauważyłam…

- “Ło” w języku Stonka oznacza “samolot” Zawsze jak widzi samolot to woła “Ło” albo “Ła”.
“Ba” oznacza tak naprawdę “bam”, czyli że coś spadło… Tylko nie pytaj mnie dlaczego skrócił “bam” do “ba”
“Ma” znaczy u nie go “nie ma”. Umie powiedzieć “nie” ale w zwrocie “nie ma” tego akurat nie używa, tylko pokazuje łapami…

Czyli “Ło – ba – ma” to było tak naprawdę całe zdanie – “Samolot zrobił bam (spadł) i go nie ma”. Bo ten samolot akurat lądował i przy lądowaniu zniknął nam z pola widzenia, więc młody, który jako dziecko nieco ponad półtoraroczne nie ma pojęcia o lądowaniu samolotów powiedział, że po prostu spadł.