Posts Tagged ‘samodyscyplina’

„Brian Tracy w sprawie posprzątanej kuchni”

„Brian Tracy w sprawie posprzątanej kuchni”

Człowiek, którego bardzo lubię słuchać – Brian Tracy, wielokrotnie powtarza na licznych wykładach o tym, że należy spisać swoje cele. Wielokrotnie mówił mi też o tym prof. Zbigniew Rek, Grzegorz Mankiewicz i Wojtek Stępkowski z którymi blisko współpracuję. Tłukli mi do głowy, że trzeba mieć marzenia i cele w życiu. I że trzeba je spisać. Statystyki donoszą, że swoje cele spisuje zaledwie 3% ludzi. Ale ci, którzy decydują się na ten krok w zdecydowanej większości te cele realizują.

I tak jak 97% pozostałych to zadanie wydawało mi się mówiąc delikatnie… durne. Po „kiego grzyba” mam to pisać? Przecież wiem czego chcę!!! „Ok. To napisz to. Wypisz sto” powiedział Wojtek. „Czego sto???” zapytałam „Sto, nazwij to jak chcesz – marzeń, celów jak wolisz. Tylko napisz. Mogą dotyczyć dowolnej dziedziny życia. Nie mają to być tylko cele finansowe” W końcu cel to nic innego jak marzenie, koło którego stawiamy datę. Ale ludzie jakoś tak średnio lubią mówić o marzeniach. A dlaczego tak jest? Bo to takie amerykańskie…, bo dziecinne, bo nie wypada, bo…. Powodów można by mnożyć. Cele w życiu mieć wypada, ale mówić o marzeniach jakoś tak dziwnie.

No w każdym razie postanowiłam posłuchać i wzięłam się za spisywanie.
Wzięłam kartkę papieru. I… Pierwsze poszło błyskawicznie, drugie i trzecie też… Potem jeszcze nie najgorzej, przy dziesiątym tempo spadło… przy dwudziestym zaczynałam się już nieźle wysilać, przy trzydziestym postanowiłam zrobić przerwę, bo już nic nie przychodziło mi do głowy… A przecież niby tyle chciałam!

Gdy już stwierdziłam, że więcej nie wymóżdżę dostałam kolejne zadanie – to teraz obok każdego celu / marzenia napisz co musiałabyś zrobić, żeby je zrealizować. A potem zrób trzecią kolumnę – kiedy to ma zostać zrealizowane.

I wiecie co? To naprawdę niesamowite, ale wiele z tych rzeczy można było zrobić praktycznie od ręki! Nie chcę tu dokonywać jakiegoś ekshibicjonizmu i mówić o moich wszystkich celach i marzeniach. Ale gdy masz ich do spisania aż sto, to zaczynasz naprawdę główkować. Tym bardziej, że nie wszystkie muszą być z kalibru tych wielkich życiowych. Potrzebne są też cele krótkoterminowe.

I jednym z takich marzeń, było… tylko się nie śmiejcie… wchodzić rano do kuchni i nie denerwować się. Ktoś spyta, a co Cię w tej kuchni denerwuje? Niby nic, ale… jak tylko tam wchodziłam to robiłam się taka podminowana. Nie wiedziałam na początku skąd to się bierze. Aż pewnego dnia doznałam olśnienia. Rozmawiałam z moją przyjaciółką przez telefon i ona w pewnym momencie stwierdziła, że idzie sprzątać kuchnię. „O tej porze?” – zdziwiłam się bo wieczór był już naprawdę późny. A ona na to: „Tak, bo ja generalnie nie lubię rano wstawać a jak jeszcze wejdę i widzę ten chaos w kuchni to mi się w ogóle odechciewa na świat patrzeć.” Ania, tak jak ja, nie należy do rannych ptaszków tylko to sów, późno chodzi spać, ale przez to nie wstaje bladym świtem. I wtedy doznałam olśnienia… Ja mam dokładnie to samo, tylko nigdy nie zdawałam sobie z tego sprawy! I każdego ranka powtarzało się małe pandemonium.
Kajtek rano wstaje i szybko trzeba zrobić mu kaszkę tudzież inne paciajstwo, dla Ninki herbatka, jakieś płatki, kanapki do Klubu Przedszkolaka i tak dalej. A tu kupa rzeczy na stole niepotrzebnych zupełnie i nie ma na czym śniadania postawić, jakieś talerze po kolacji w zlewie, bo nikt po sobie oczywiście posprzątać nie może. I ogólny chaos po prostu. Nie jestem jakimś szczególnym bałaganiarzem, ale jak się w kuchni sporo robi, to też i jej wygląd jest potem odpowiedni… zwłaszcza przy dwójce małych dzieci, które jedzą chyba sto razy dziennie. A wieczorem trzeba ich jeszcze wykąpać, uśpić, potem porobić mnóstwo ważnych rzeczy na komputerze, a potem to już tylko prysznic i paść na twarz, bo przecież „stonki” to dość ranne ptaszki (w przeciwieństwie do mnie).

Dlatego jak już udało mi się odkryć co powoduje poranny zamęt jednym z moich celów stało się wchodzenie rano do posprzątanej kuchni… , żeby móc zacząć dzień bez niepotrzebnych stresów estetycznych. Zaczęłam się zastanawiać – co mogę zrobić żeby to spełnić? Nic prostszego! Po prostu wieczorem pamiętać o tym, żeby ją ogarnąć. Nie mówię sprzątać na błysk z szorowaniem szafek, ale tak po prostu posprzątać, żeby było przyjemnie.

No i wydawało się, że sprawa załatwiona. Spisałam cel, znalazłam sposób jego realizacji i jeszcze tego samego dnia pięknie posprzątałam. Kolejnego ranka było miło. Drugiego i trzeciego również… potem jakoś się rozlazło… Wszystko było znowu po staremu. Po jakichś dwóch tygodniach sobie o tym przypomniałam i zaczęłam na nowo… na kolejne 2 dni… i potem znowu się rozlazło…

I pewnego pięknego dnia słuchałam wykładu Briana Tracy o samodyscyplinie i tworzeniu nowych nawyków. I dotarło do mojej mózgownicy coś co słyszałam już wielokrotnie, tylko jakoś umykało bokiem…. Że wytworzenie nowego, pozytywnego nawyku trwa trzy tygodnie!!!!! Dwadzieścia jeden dni trzeba daną rzecz powtarzać, żeby stała się naszym nawykiem. Więc powiedziałam sobie. Ok.!!! Wytrzymam te trzy tygodnie a potem już samo pójdzie. Żeby było łatwiej, zrobiłam sobie tabelkę „odliczankę” i powiesiłam ją na lodówce. I każdego dnia wieczorem, jak już ogarnęłam kuchnię odkreślałam kolejny dzień, żeby po prostu nie zapomnieć. Bo jak się jeden dzień opuści, to całe odliczanie trzytygodniowe trzeba rozpocząć od nowa… w następnym wpisie zdradzę Wam jak to się skończyło :)