Posts Tagged ‘Rek’

“Paradygmaty myślenia – co to takiego i jakie może mieć dla nas konsekwencje.”

“Paradygmaty myślenia – co to takiego i jakie może mieć dla nas konsekwencje.”

Po raz pierwszy termin „paradygmaty myślenia” usłyszałam z ust profesora Zbigniewa Reka, który nawiązywał do słów swojego przyjaciela mówiącego tak: „Czy ty zdajesz sobie sprawę z tego, że Twój mózg jest zamknięty w pudełku, które Ty sam zbudowałeś? To jest pudełko paradygmatów Twojego myślenia”. Każdy z nas jest przyzwyczajony do myślenia określonymi kategoriami. Jest nam bardzo trudno się poza to wychylić. Ile razy widzimy nową ideę, nowy pomysł, cokolwiek nowego, tyle razy próbujemy przetłumaczyć to sobie na język czegoś, co znamy. I ze mną było dokładnie tak samo. Ale może najlepiej będzie zacząć od początku.

Pewnego pięknego dnia zadźwięczał telefon. Dzwonił jak zwykle, nie zapowiadało się nic szczególnego. Odebrałam i okazało się, że to moja dobra koleżanka ze studiów, która wyemigrowała do Wielkiej Brytanii. Powiedziała, że zajmuje się wdrażaniem Mechanizmu Prosumenta na Internecie i że szukają kilku kluczowych osób do współpracy i że pomyślała właśnie o mnie. Z jednej strony było mi bardzo miło, że pomyślała o mnie, bo to znaczyło, że ma jakoś tam pozytywnie wyrobione zdanie na mój temat. Ale z drugiej strony nie miałam pojęcia o czym ona w ogóle mówi! Jaki Mechanizm, jakiego Prosumenta?? Przecież ja o tym w życiu nie słyszałam. Ale ona stwierdziła, że poradzę sobie na pewno. Ustaliłyśmy, że z racji dzielącej nas odległości będzie wygodniej jak cały temat przedstawi mi niejakiWojtek. Stwierdziłam, że właściwie czemu nie. Co mi szkodzi? Porozmawiam z nim bez żadnych zobowiązać z obu stron a potem się zobaczy.

Obejrzałam całą prezentację. Stwierdziłam, że faktycznie nie jest to nic trudnego a może to być wielka szansa dla mnie. Gdy słuchałam o Kwadrancie Przepływu Pieniędzy dotarło do mnie, że to jest coś, czego przez cały czas podświadomie szukałam i do czego dążyłam. Wszystko było logicznie powiązane i sensowne. Cały temat wydał mi się naprawdę wart uwagi aż do pewnego momentu, gdy usłyszałam nazwę „AMWAY”. Wtedy cały mój entuzjazm ulotnił się błyskawicznie. Kurczę brzmiało to wszystko naprawdę ciekawie a to Amway…

I stąd właśnie moje nawiązanie do paradygmatów. Czym był dla mnie Amway? Dwa skojarzenia – pierwsze: bardzo dobre produkty, drugie: nawiedzona kobieta, która przychodziła do nas do domu i robiła prezentacje tychże produktów. Rozumiem, że człowiek może uważać coś za dobre, ba nawet rewelacyjne, ale to co Ci państwo wyprawiali zakrawało na pewien fanatyzm… Rozumiem, że Uniwersalny Płyn Czyszczący LOC, może wyczyścić naprawdę trudne zabrudzenia, ale po co udowadniać innym, że można nim jeszcze podlać kwiatki, umyć zęby i inne dziwne rzeczy?

I od razu powstał we mnie gwałtowny sprzeciw. Nie będę chodzić po domach i urządzać prezentacji płynów do czyszczenia czegokolwiek!!!!!!!!! Nie chcę, nie lubię, nienawidzę! Wojtek uśmiał się po pachy i powiedział „Ale przecież nikt tego od Ciebie nie oczekuje”.
NIE????????????? No teraz to już zdębiałam totalnie. No jak to? Przecież ja znam Amway, bo pamiętam tych ludzi, którzy do nas przychodzili… No tak. Czy to naprawdę znaczy, że znam tę firmę? Zaczęłam się zastanawiać nad tym głębiej. Przecież tak naprawdę, to zetknęłam się zaledwie z dwoma jej przedstawicielami… A są ich w Polsce tysiące. Czy mogę więc rzetelnie ocenić na podstawie tylko tych dwóch? Chyba nie bardzo. A jednak większość ludzi tak robi. Widzimy jakiś niewielki ułameczek, fragmencik czegoś i stwierdzamy, że całość jest taka. A tymczasem prawda może być zupełnie inna.

Przychodzi mi tu jeszcze na myśl pewne porównanie dotyczące właśnie oceniania całości na podstawie fragmentu. Znalazłam to w jakiejś książce, ale oczywiście nie pamiętam jakiej… Wyobraźcie sobie taką sytuację. Nigdy nie byliście na plaży, nie widzieliście morza, nie słyszeliście tego cudownego szumu fal i wiatru, nie czuliście tego cudownego morskiego powietrza… I teraz ja chcę Wam pokazać jak cudowne jest morze i plaża. Powiedzmy, że nie umiem tego pięknie i po literacku opisać więc postanawiam przywieźć Wam fragment prawdziwej plaży. Pojechałam nad morze, nabrałam do wielkiego słoika piasku i dodałam do tego trochę kamyczków i morskiej wody. I pokazuję to Wam mówiąc, że to jest cząstka prawdziwej plaży… Ciekawe ilu z Was podzieliłoby mój zachwyt… Śmiem podejrzewać, że nikt… bo na podstawie kawałeczka, choćby prawdziwego, nie da się rzetelnie ocenić całości. Tym bardziej, że w tym przypadku ten kawałeczek, czyli piasek wymieszany z wodą prezentuje się raczej jako niezłe błoto a nie coś co może budzić jakikolwiek zachwyt. I stąd mój apel do Was – zanim coś ocenicie, najpierw zapoznajcie się z całością a potem przefiltrujcie to przez swój zdrowy rozsądek. I opierajcie się na faktach a nie na opiniach, bo to naprawdę wielka różnica.



Jesli chcesz dostawac informacje o nowych wpisach na blogu wpisz sie na liste
Imie:
Email:

 

„Brian Tracy w sprawie posprzątanej kuchni”

„Brian Tracy w sprawie posprzątanej kuchni”

Człowiek, którego bardzo lubię słuchać – Brian Tracy, wielokrotnie powtarza na licznych wykładach o tym, że należy spisać swoje cele. Wielokrotnie mówił mi też o tym prof. Zbigniew Rek, Grzegorz Mankiewicz i Wojtek Stępkowski z którymi blisko współpracuję. Tłukli mi do głowy, że trzeba mieć marzenia i cele w życiu. I że trzeba je spisać. Statystyki donoszą, że swoje cele spisuje zaledwie 3% ludzi. Ale ci, którzy decydują się na ten krok w zdecydowanej większości te cele realizują.

I tak jak 97% pozostałych to zadanie wydawało mi się mówiąc delikatnie… durne. Po „kiego grzyba” mam to pisać? Przecież wiem czego chcę!!! „Ok. To napisz to. Wypisz sto” powiedział Wojtek. „Czego sto???” zapytałam „Sto, nazwij to jak chcesz – marzeń, celów jak wolisz. Tylko napisz. Mogą dotyczyć dowolnej dziedziny życia. Nie mają to być tylko cele finansowe” W końcu cel to nic innego jak marzenie, koło którego stawiamy datę. Ale ludzie jakoś tak średnio lubią mówić o marzeniach. A dlaczego tak jest? Bo to takie amerykańskie…, bo dziecinne, bo nie wypada, bo…. Powodów można by mnożyć. Cele w życiu mieć wypada, ale mówić o marzeniach jakoś tak dziwnie.

No w każdym razie postanowiłam posłuchać i wzięłam się za spisywanie.
Wzięłam kartkę papieru. I… Pierwsze poszło błyskawicznie, drugie i trzecie też… Potem jeszcze nie najgorzej, przy dziesiątym tempo spadło… przy dwudziestym zaczynałam się już nieźle wysilać, przy trzydziestym postanowiłam zrobić przerwę, bo już nic nie przychodziło mi do głowy… A przecież niby tyle chciałam!

Gdy już stwierdziłam, że więcej nie wymóżdżę dostałam kolejne zadanie – to teraz obok każdego celu / marzenia napisz co musiałabyś zrobić, żeby je zrealizować. A potem zrób trzecią kolumnę – kiedy to ma zostać zrealizowane.

I wiecie co? To naprawdę niesamowite, ale wiele z tych rzeczy można było zrobić praktycznie od ręki! Nie chcę tu dokonywać jakiegoś ekshibicjonizmu i mówić o moich wszystkich celach i marzeniach. Ale gdy masz ich do spisania aż sto, to zaczynasz naprawdę główkować. Tym bardziej, że nie wszystkie muszą być z kalibru tych wielkich życiowych. Potrzebne są też cele krótkoterminowe.

I jednym z takich marzeń, było… tylko się nie śmiejcie… wchodzić rano do kuchni i nie denerwować się. Ktoś spyta, a co Cię w tej kuchni denerwuje? Niby nic, ale… jak tylko tam wchodziłam to robiłam się taka podminowana. Nie wiedziałam na początku skąd to się bierze. Aż pewnego dnia doznałam olśnienia. Rozmawiałam z moją przyjaciółką przez telefon i ona w pewnym momencie stwierdziła, że idzie sprzątać kuchnię. „O tej porze?” – zdziwiłam się bo wieczór był już naprawdę późny. A ona na to: „Tak, bo ja generalnie nie lubię rano wstawać a jak jeszcze wejdę i widzę ten chaos w kuchni to mi się w ogóle odechciewa na świat patrzeć.” Ania, tak jak ja, nie należy do rannych ptaszków tylko to sów, późno chodzi spać, ale przez to nie wstaje bladym świtem. I wtedy doznałam olśnienia… Ja mam dokładnie to samo, tylko nigdy nie zdawałam sobie z tego sprawy! I każdego ranka powtarzało się małe pandemonium.
Kajtek rano wstaje i szybko trzeba zrobić mu kaszkę tudzież inne paciajstwo, dla Ninki herbatka, jakieś płatki, kanapki do Klubu Przedszkolaka i tak dalej. A tu kupa rzeczy na stole niepotrzebnych zupełnie i nie ma na czym śniadania postawić, jakieś talerze po kolacji w zlewie, bo nikt po sobie oczywiście posprzątać nie może. I ogólny chaos po prostu. Nie jestem jakimś szczególnym bałaganiarzem, ale jak się w kuchni sporo robi, to też i jej wygląd jest potem odpowiedni… zwłaszcza przy dwójce małych dzieci, które jedzą chyba sto razy dziennie. A wieczorem trzeba ich jeszcze wykąpać, uśpić, potem porobić mnóstwo ważnych rzeczy na komputerze, a potem to już tylko prysznic i paść na twarz, bo przecież „stonki” to dość ranne ptaszki (w przeciwieństwie do mnie).

Dlatego jak już udało mi się odkryć co powoduje poranny zamęt jednym z moich celów stało się wchodzenie rano do posprzątanej kuchni… , żeby móc zacząć dzień bez niepotrzebnych stresów estetycznych. Zaczęłam się zastanawiać – co mogę zrobić żeby to spełnić? Nic prostszego! Po prostu wieczorem pamiętać o tym, żeby ją ogarnąć. Nie mówię sprzątać na błysk z szorowaniem szafek, ale tak po prostu posprzątać, żeby było przyjemnie.

No i wydawało się, że sprawa załatwiona. Spisałam cel, znalazłam sposób jego realizacji i jeszcze tego samego dnia pięknie posprzątałam. Kolejnego ranka było miło. Drugiego i trzeciego również… potem jakoś się rozlazło… Wszystko było znowu po staremu. Po jakichś dwóch tygodniach sobie o tym przypomniałam i zaczęłam na nowo… na kolejne 2 dni… i potem znowu się rozlazło…

I pewnego pięknego dnia słuchałam wykładu Briana Tracy o samodyscyplinie i tworzeniu nowych nawyków. I dotarło do mojej mózgownicy coś co słyszałam już wielokrotnie, tylko jakoś umykało bokiem…. Że wytworzenie nowego, pozytywnego nawyku trwa trzy tygodnie!!!!! Dwadzieścia jeden dni trzeba daną rzecz powtarzać, żeby stała się naszym nawykiem. Więc powiedziałam sobie. Ok.!!! Wytrzymam te trzy tygodnie a potem już samo pójdzie. Żeby było łatwiej, zrobiłam sobie tabelkę „odliczankę” i powiesiłam ją na lodówce. I każdego dnia wieczorem, jak już ogarnęłam kuchnię odkreślałam kolejny dzień, żeby po prostu nie zapomnieć. Bo jak się jeden dzień opuści, to całe odliczanie trzytygodniowe trzeba rozpocząć od nowa… w następnym wpisie zdradzę Wam jak to się skończyło :)