Posts Tagged ‘dziecko’

“Dzisiejsze … dziecko” no właśnie, jakie będzie to dziecko?????

“Dzisiejsze … dziecko” no właśnie, jakie będzie to dziecko?????

Dzisiejszy wpis zainspirowany został niepozorną kartką wiszącą na korytarzu Ośrodka Rehabilitacji, do którego uczęszczamy z Ninką. Do wszelkiego rodzaju “gazetek ściennych” czy to w szkole czy w miejscach pracy podchodziłam zawsze z dużą dozą sceptycyzmu… Dlaczego? Dlatego, że zazwyczaj nie wnosiły one nic szczególnego, ot jakieś tam ogłoszenia wyblakłe itd. I Pani wychowawczyni, która przypominała sobie o tym, że trzeba zmienić wystrój gablotki zwykle przed hospitacją… Ale to, co przeczytałam na tej tablicy jest mi na tyle bliskie, że postanowiłam się tym po prostu podzielić. Bez zbędnego komentarza, bo jest on tutaj naprawdę niepotrzebny….

“Lata dzieciństwa”
Ronald Russell

Dzisiejsze nieśmiałe dziecko, to to, z którego wczoraj się śmialiśmy.

Dzisiejsze okrutne dziecko, to to, które wczoraj biliśmy.

Dzisiejsze dziecko, które oszukuje, to to, w które wczoraj nie wierzyliśmy.

Dzisiejsze zbuntowane dziecko, to to, nad którym się wczoraj znęcaliśmy.

Dzisiejsze zakochane dziecko, to to, które wczoraj pieściliśmy.

Dzisiejsze roztropne dziecko, to to, któremu wczoraj dodawaliśmy otuchy.

Dzisiejsze serdeczne dziecko, to to, któremu wczoraj okazywaliśmy miłość.

Dzisiejsze mądre dziecko, to to, które wczoraj wychowaliśmy.

Dzisiejsze wyrozumiałe dziecko, to to, któremu wczoraj przebaczyliśmy.

Dzisiejszy człowiek, który żyje miłością i pięknem, to dziecko, które wczoraj żyło radością.

 

“Czy Pan Andrzej dostanie w głowę?”

“Czy Pan Andrzej dostanie w głowę?”

Dzisiaj kolejny wpis z serii dzieci i ciekawostki lingwistyczne. Otóż ostatnimi czasy moje Stonki zapałały wielką miłością do gry w piłkę w domu. W pewnym momencie, mając na uwadze zapewne zszargane już do granic możliwości nerwy sąsiadów mieszkających pod nami poprosiłam grzecznie:
-„Nie rzucaj tą piłką bo Pan Andrzej w końcu w głowę dostanie!!!”
A Starsza Stonka na to:
- „Ale go tu nie ma to jak mogę go w głowę trafić??????????”

I zaczęło się tłumaczenie Stonce Starszej, że nie wszystko należy rozumieć tak dosłownie itd. Ale przynajmniej świadczy to o fakcie, że Stonka przynajmniej czasami słucha co się do niej mówi. Z naciskiem na czasami oczywiście. O zastosowaniu się do rzeczy usłyszanych nie mówię, bo tu widać jeszcze dłuuuuga droga przed nami. Nie jest łatwo wychowywać dziecko o osobowości typu D (podział wg Roberta Rohma) zwanego inaczej Cholerykiem (podział wg Florence Littauer).

Myślę, że przydałoby się tutaj krótkie omówienie tego podziału, bo mnie osobiście pomogło to bardzo w zrozumieniu innych i relacjach międzyludzkich. Z braku czasu dziś nie da rady, ale w najbliższym czasie obiecuję osobny wpis dotyczący tego tematu.

 

“Zejdź mi z oczu…”

Dzisiaj wpis z serii dzieci.

Od zawsze fascynowały mnie wszelkie gry słów i ciekawe twory tego typu więc wszelkie tego przejawy doceniam bardzo bardzo. Jako, że swoich potomków posiadam sztuk dwie w tym jedno w pełni mówiące mam wspaniałą okazję do śledzenia ich językowego rozwoju… Wtedy wyskakują różne ciekawe odkrycia lingwistyczne przyprawiające wielu o ataki śmiechu. I dobrze, śmiech to zdrowie i lepiej mieć kurze łapki od śmiechu niż od groźnego marszczenia brwi.

Ale brwi czasami też się marszczą mimo że ze wszystkich sił staramy się zachować spokój. Jednak wszyscy rodzice dobrze wiedzą, że momentami się nie da. Tego dnia nastąpił właśnie taki moment i w pewnym momencie, gdy zawiodły techniki łagodne perswazji, liczenia do dziesięciu i inne fantastyczne zalecenia fachowców rzekłam do dziecięcia swego “Zejdź mi z oczu!”

I tu nastąpił moment kulminacyjny. Dziecię natychmiast podniosło na mnie swe błękitne ogromne ślepia. Widać było na nich wielkie zdziwienie i spojrzenie typu “Mama zwariowała!”. Zaraz potem, dla uzyskania całkowitej pewności co do słuszności swojej postawy latorośl spojrzała na swoje stópki, znowu na Mamusię i rzekła głosem zakłopotanym “Ale ja wcale nie stoję na Twoich oczach! To jak mam z nich zejść????”

Wspaniale jest być rodzicem ;)

 

“No i co z tą kuchnią?”

“No i co z tą kuchnią?”

Dziś, tak jak obiecałam, opowiem Wam jak się skończyła sprawa kuchni… Chociaż jak zdajecie sobie dobrze sprawę, to wcale nie o kuchnię tak naprawdę chodzi, ale o to, żeby zobaczyć, że można.

Tak jak napisałam wcześniej, przygotowałam kartkę na której zrobiłam tabelkę – 21 kratek, 3 tygodnie – bo przecież tyle trwa „wdrażanie”: nowego nawyku. Przyznam szczerze, że te odkreślane krzyżyki bardzo mnie motywowały i pilnowałam, żeby wieczorem móc odhaczyć kolejny dzień. Prawie jak w wojsku, gdzie szeregowiec odcina kolejne kawałki odliczając dni „do wyjścia”.

Pierwszego i drugiego dnia czułam się trochę dziwnie. Dorosła kobieta a jakieś tabelki sobie na lodówce wiesza… Ale z drugiej strony – niech sobie wszyscy myślą co tylko chcą. To moja sprawa i jak się komuś nie podoba niech nie patrzy :)

Po dwóch tygodniach wydawało mi się, że mój wieczorny rytuał kuchenny mam już we krwi. Aż do dnia osiemnastego, kiedy to zdarzyło się tak, że pod wieczór wszystko sobie ładnie uprzątnęłam. Ale chwilę po tym zadzwonił telefon i okazało się, że mamy nieoczekiwanych gości. Zjedliśmy razem drugą kolację… no i sprawa się, mówiąc bardzo potocznie „rypła” bo cały mój wieczorny rytuał został zakłócony i w tym ferworze o kuchni zapomniałam… Ale co bardzo ciekawe – jak tam weszłam następnego dnia, to stwierdziłam, że warto było, bo widziałam wielką różnicę swoich działań o poranku…

Więc kolejnego, 19 dnia wcale nie zrezygnowałam i odhaczałam dalej. Tyle tylko, że do swojej tabelki musiałam dorysować jeszcze 21 krateczek… Ciekawe jaka duża będzie ta tabelka, gdy w końcu uda mi się zrobić krzyżyk przez trzy tygodnie z rzędu.

Teoretycznie mój plan się nie udał… bo 18 dnia poległam, ale i tak jestem z siebie dumna, bo wiem, że mimo tego moje poranki stały się przyjemniejsze. Dzięki Brian! :)

 

„Brian Tracy w sprawie posprzątanej kuchni”

„Brian Tracy w sprawie posprzątanej kuchni”

Człowiek, którego bardzo lubię słuchać – Brian Tracy, wielokrotnie powtarza na licznych wykładach o tym, że należy spisać swoje cele. Wielokrotnie mówił mi też o tym prof. Zbigniew Rek, Grzegorz Mankiewicz i Wojtek Stępkowski z którymi blisko współpracuję. Tłukli mi do głowy, że trzeba mieć marzenia i cele w życiu. I że trzeba je spisać. Statystyki donoszą, że swoje cele spisuje zaledwie 3% ludzi. Ale ci, którzy decydują się na ten krok w zdecydowanej większości te cele realizują.

I tak jak 97% pozostałych to zadanie wydawało mi się mówiąc delikatnie… durne. Po „kiego grzyba” mam to pisać? Przecież wiem czego chcę!!! „Ok. To napisz to. Wypisz sto” powiedział Wojtek. „Czego sto???” zapytałam „Sto, nazwij to jak chcesz – marzeń, celów jak wolisz. Tylko napisz. Mogą dotyczyć dowolnej dziedziny życia. Nie mają to być tylko cele finansowe” W końcu cel to nic innego jak marzenie, koło którego stawiamy datę. Ale ludzie jakoś tak średnio lubią mówić o marzeniach. A dlaczego tak jest? Bo to takie amerykańskie…, bo dziecinne, bo nie wypada, bo…. Powodów można by mnożyć. Cele w życiu mieć wypada, ale mówić o marzeniach jakoś tak dziwnie.

No w każdym razie postanowiłam posłuchać i wzięłam się za spisywanie.
Wzięłam kartkę papieru. I… Pierwsze poszło błyskawicznie, drugie i trzecie też… Potem jeszcze nie najgorzej, przy dziesiątym tempo spadło… przy dwudziestym zaczynałam się już nieźle wysilać, przy trzydziestym postanowiłam zrobić przerwę, bo już nic nie przychodziło mi do głowy… A przecież niby tyle chciałam!

Gdy już stwierdziłam, że więcej nie wymóżdżę dostałam kolejne zadanie – to teraz obok każdego celu / marzenia napisz co musiałabyś zrobić, żeby je zrealizować. A potem zrób trzecią kolumnę – kiedy to ma zostać zrealizowane.

I wiecie co? To naprawdę niesamowite, ale wiele z tych rzeczy można było zrobić praktycznie od ręki! Nie chcę tu dokonywać jakiegoś ekshibicjonizmu i mówić o moich wszystkich celach i marzeniach. Ale gdy masz ich do spisania aż sto, to zaczynasz naprawdę główkować. Tym bardziej, że nie wszystkie muszą być z kalibru tych wielkich życiowych. Potrzebne są też cele krótkoterminowe.

I jednym z takich marzeń, było… tylko się nie śmiejcie… wchodzić rano do kuchni i nie denerwować się. Ktoś spyta, a co Cię w tej kuchni denerwuje? Niby nic, ale… jak tylko tam wchodziłam to robiłam się taka podminowana. Nie wiedziałam na początku skąd to się bierze. Aż pewnego dnia doznałam olśnienia. Rozmawiałam z moją przyjaciółką przez telefon i ona w pewnym momencie stwierdziła, że idzie sprzątać kuchnię. „O tej porze?” – zdziwiłam się bo wieczór był już naprawdę późny. A ona na to: „Tak, bo ja generalnie nie lubię rano wstawać a jak jeszcze wejdę i widzę ten chaos w kuchni to mi się w ogóle odechciewa na świat patrzeć.” Ania, tak jak ja, nie należy do rannych ptaszków tylko to sów, późno chodzi spać, ale przez to nie wstaje bladym świtem. I wtedy doznałam olśnienia… Ja mam dokładnie to samo, tylko nigdy nie zdawałam sobie z tego sprawy! I każdego ranka powtarzało się małe pandemonium.
Kajtek rano wstaje i szybko trzeba zrobić mu kaszkę tudzież inne paciajstwo, dla Ninki herbatka, jakieś płatki, kanapki do Klubu Przedszkolaka i tak dalej. A tu kupa rzeczy na stole niepotrzebnych zupełnie i nie ma na czym śniadania postawić, jakieś talerze po kolacji w zlewie, bo nikt po sobie oczywiście posprzątać nie może. I ogólny chaos po prostu. Nie jestem jakimś szczególnym bałaganiarzem, ale jak się w kuchni sporo robi, to też i jej wygląd jest potem odpowiedni… zwłaszcza przy dwójce małych dzieci, które jedzą chyba sto razy dziennie. A wieczorem trzeba ich jeszcze wykąpać, uśpić, potem porobić mnóstwo ważnych rzeczy na komputerze, a potem to już tylko prysznic i paść na twarz, bo przecież „stonki” to dość ranne ptaszki (w przeciwieństwie do mnie).

Dlatego jak już udało mi się odkryć co powoduje poranny zamęt jednym z moich celów stało się wchodzenie rano do posprzątanej kuchni… , żeby móc zacząć dzień bez niepotrzebnych stresów estetycznych. Zaczęłam się zastanawiać – co mogę zrobić żeby to spełnić? Nic prostszego! Po prostu wieczorem pamiętać o tym, żeby ją ogarnąć. Nie mówię sprzątać na błysk z szorowaniem szafek, ale tak po prostu posprzątać, żeby było przyjemnie.

No i wydawało się, że sprawa załatwiona. Spisałam cel, znalazłam sposób jego realizacji i jeszcze tego samego dnia pięknie posprzątałam. Kolejnego ranka było miło. Drugiego i trzeciego również… potem jakoś się rozlazło… Wszystko było znowu po staremu. Po jakichś dwóch tygodniach sobie o tym przypomniałam i zaczęłam na nowo… na kolejne 2 dni… i potem znowu się rozlazło…

I pewnego pięknego dnia słuchałam wykładu Briana Tracy o samodyscyplinie i tworzeniu nowych nawyków. I dotarło do mojej mózgownicy coś co słyszałam już wielokrotnie, tylko jakoś umykało bokiem…. Że wytworzenie nowego, pozytywnego nawyku trwa trzy tygodnie!!!!! Dwadzieścia jeden dni trzeba daną rzecz powtarzać, żeby stała się naszym nawykiem. Więc powiedziałam sobie. Ok.!!! Wytrzymam te trzy tygodnie a potem już samo pójdzie. Żeby było łatwiej, zrobiłam sobie tabelkę „odliczankę” i powiesiłam ją na lodówce. I każdego dnia wieczorem, jak już ogarnęłam kuchnię odkreślałam kolejny dzień, żeby po prostu nie zapomnieć. Bo jak się jeden dzień opuści, to całe odliczanie trzytygodniowe trzeba rozpocząć od nowa… w następnym wpisie zdradzę Wam jak to się skończyło :)