Posts Tagged ‘dzieci’

“Czy Pan Andrzej dostanie w głowę?”

“Czy Pan Andrzej dostanie w głowę?”

Dzisiaj kolejny wpis z serii dzieci i ciekawostki lingwistyczne. Otóż ostatnimi czasy moje Stonki zapałały wielką miłością do gry w piłkę w domu. W pewnym momencie, mając na uwadze zapewne zszargane już do granic możliwości nerwy sąsiadów mieszkających pod nami poprosiłam grzecznie:
-„Nie rzucaj tą piłką bo Pan Andrzej w końcu w głowę dostanie!!!”
A Starsza Stonka na to:
- „Ale go tu nie ma to jak mogę go w głowę trafić??????????”

I zaczęło się tłumaczenie Stonce Starszej, że nie wszystko należy rozumieć tak dosłownie itd. Ale przynajmniej świadczy to o fakcie, że Stonka przynajmniej czasami słucha co się do niej mówi. Z naciskiem na czasami oczywiście. O zastosowaniu się do rzeczy usłyszanych nie mówię, bo tu widać jeszcze dłuuuuga droga przed nami. Nie jest łatwo wychowywać dziecko o osobowości typu D (podział wg Roberta Rohma) zwanego inaczej Cholerykiem (podział wg Florence Littauer).

Myślę, że przydałoby się tutaj krótkie omówienie tego podziału, bo mnie osobiście pomogło to bardzo w zrozumieniu innych i relacjach międzyludzkich. Z braku czasu dziś nie da rady, ale w najbliższym czasie obiecuję osobny wpis dotyczący tego tematu.

 

“Zejdź mi z oczu…”

Dzisiaj wpis z serii dzieci.

Od zawsze fascynowały mnie wszelkie gry słów i ciekawe twory tego typu więc wszelkie tego przejawy doceniam bardzo bardzo. Jako, że swoich potomków posiadam sztuk dwie w tym jedno w pełni mówiące mam wspaniałą okazję do śledzenia ich językowego rozwoju… Wtedy wyskakują różne ciekawe odkrycia lingwistyczne przyprawiające wielu o ataki śmiechu. I dobrze, śmiech to zdrowie i lepiej mieć kurze łapki od śmiechu niż od groźnego marszczenia brwi.

Ale brwi czasami też się marszczą mimo że ze wszystkich sił staramy się zachować spokój. Jednak wszyscy rodzice dobrze wiedzą, że momentami się nie da. Tego dnia nastąpił właśnie taki moment i w pewnym momencie, gdy zawiodły techniki łagodne perswazji, liczenia do dziesięciu i inne fantastyczne zalecenia fachowców rzekłam do dziecięcia swego “Zejdź mi z oczu!”

I tu nastąpił moment kulminacyjny. Dziecię natychmiast podniosło na mnie swe błękitne ogromne ślepia. Widać było na nich wielkie zdziwienie i spojrzenie typu “Mama zwariowała!”. Zaraz potem, dla uzyskania całkowitej pewności co do słuszności swojej postawy latorośl spojrzała na swoje stópki, znowu na Mamusię i rzekła głosem zakłopotanym “Ale ja wcale nie stoję na Twoich oczach! To jak mam z nich zejść????”

Wspaniale jest być rodzicem ;)

 

„Brian Tracy w sprawie posprzątanej kuchni”

„Brian Tracy w sprawie posprzątanej kuchni”

Człowiek, którego bardzo lubię słuchać – Brian Tracy, wielokrotnie powtarza na licznych wykładach o tym, że należy spisać swoje cele. Wielokrotnie mówił mi też o tym prof. Zbigniew Rek, Grzegorz Mankiewicz i Wojtek Stępkowski z którymi blisko współpracuję. Tłukli mi do głowy, że trzeba mieć marzenia i cele w życiu. I że trzeba je spisać. Statystyki donoszą, że swoje cele spisuje zaledwie 3% ludzi. Ale ci, którzy decydują się na ten krok w zdecydowanej większości te cele realizują.

I tak jak 97% pozostałych to zadanie wydawało mi się mówiąc delikatnie… durne. Po „kiego grzyba” mam to pisać? Przecież wiem czego chcę!!! „Ok. To napisz to. Wypisz sto” powiedział Wojtek. „Czego sto???” zapytałam „Sto, nazwij to jak chcesz – marzeń, celów jak wolisz. Tylko napisz. Mogą dotyczyć dowolnej dziedziny życia. Nie mają to być tylko cele finansowe” W końcu cel to nic innego jak marzenie, koło którego stawiamy datę. Ale ludzie jakoś tak średnio lubią mówić o marzeniach. A dlaczego tak jest? Bo to takie amerykańskie…, bo dziecinne, bo nie wypada, bo…. Powodów można by mnożyć. Cele w życiu mieć wypada, ale mówić o marzeniach jakoś tak dziwnie.

No w każdym razie postanowiłam posłuchać i wzięłam się za spisywanie.
Wzięłam kartkę papieru. I… Pierwsze poszło błyskawicznie, drugie i trzecie też… Potem jeszcze nie najgorzej, przy dziesiątym tempo spadło… przy dwudziestym zaczynałam się już nieźle wysilać, przy trzydziestym postanowiłam zrobić przerwę, bo już nic nie przychodziło mi do głowy… A przecież niby tyle chciałam!

Gdy już stwierdziłam, że więcej nie wymóżdżę dostałam kolejne zadanie – to teraz obok każdego celu / marzenia napisz co musiałabyś zrobić, żeby je zrealizować. A potem zrób trzecią kolumnę – kiedy to ma zostać zrealizowane.

I wiecie co? To naprawdę niesamowite, ale wiele z tych rzeczy można było zrobić praktycznie od ręki! Nie chcę tu dokonywać jakiegoś ekshibicjonizmu i mówić o moich wszystkich celach i marzeniach. Ale gdy masz ich do spisania aż sto, to zaczynasz naprawdę główkować. Tym bardziej, że nie wszystkie muszą być z kalibru tych wielkich życiowych. Potrzebne są też cele krótkoterminowe.

I jednym z takich marzeń, było… tylko się nie śmiejcie… wchodzić rano do kuchni i nie denerwować się. Ktoś spyta, a co Cię w tej kuchni denerwuje? Niby nic, ale… jak tylko tam wchodziłam to robiłam się taka podminowana. Nie wiedziałam na początku skąd to się bierze. Aż pewnego dnia doznałam olśnienia. Rozmawiałam z moją przyjaciółką przez telefon i ona w pewnym momencie stwierdziła, że idzie sprzątać kuchnię. „O tej porze?” – zdziwiłam się bo wieczór był już naprawdę późny. A ona na to: „Tak, bo ja generalnie nie lubię rano wstawać a jak jeszcze wejdę i widzę ten chaos w kuchni to mi się w ogóle odechciewa na świat patrzeć.” Ania, tak jak ja, nie należy do rannych ptaszków tylko to sów, późno chodzi spać, ale przez to nie wstaje bladym świtem. I wtedy doznałam olśnienia… Ja mam dokładnie to samo, tylko nigdy nie zdawałam sobie z tego sprawy! I każdego ranka powtarzało się małe pandemonium.
Kajtek rano wstaje i szybko trzeba zrobić mu kaszkę tudzież inne paciajstwo, dla Ninki herbatka, jakieś płatki, kanapki do Klubu Przedszkolaka i tak dalej. A tu kupa rzeczy na stole niepotrzebnych zupełnie i nie ma na czym śniadania postawić, jakieś talerze po kolacji w zlewie, bo nikt po sobie oczywiście posprzątać nie może. I ogólny chaos po prostu. Nie jestem jakimś szczególnym bałaganiarzem, ale jak się w kuchni sporo robi, to też i jej wygląd jest potem odpowiedni… zwłaszcza przy dwójce małych dzieci, które jedzą chyba sto razy dziennie. A wieczorem trzeba ich jeszcze wykąpać, uśpić, potem porobić mnóstwo ważnych rzeczy na komputerze, a potem to już tylko prysznic i paść na twarz, bo przecież „stonki” to dość ranne ptaszki (w przeciwieństwie do mnie).

Dlatego jak już udało mi się odkryć co powoduje poranny zamęt jednym z moich celów stało się wchodzenie rano do posprzątanej kuchni… , żeby móc zacząć dzień bez niepotrzebnych stresów estetycznych. Zaczęłam się zastanawiać – co mogę zrobić żeby to spełnić? Nic prostszego! Po prostu wieczorem pamiętać o tym, żeby ją ogarnąć. Nie mówię sprzątać na błysk z szorowaniem szafek, ale tak po prostu posprzątać, żeby było przyjemnie.

No i wydawało się, że sprawa załatwiona. Spisałam cel, znalazłam sposób jego realizacji i jeszcze tego samego dnia pięknie posprzątałam. Kolejnego ranka było miło. Drugiego i trzeciego również… potem jakoś się rozlazło… Wszystko było znowu po staremu. Po jakichś dwóch tygodniach sobie o tym przypomniałam i zaczęłam na nowo… na kolejne 2 dni… i potem znowu się rozlazło…

I pewnego pięknego dnia słuchałam wykładu Briana Tracy o samodyscyplinie i tworzeniu nowych nawyków. I dotarło do mojej mózgownicy coś co słyszałam już wielokrotnie, tylko jakoś umykało bokiem…. Że wytworzenie nowego, pozytywnego nawyku trwa trzy tygodnie!!!!! Dwadzieścia jeden dni trzeba daną rzecz powtarzać, żeby stała się naszym nawykiem. Więc powiedziałam sobie. Ok.!!! Wytrzymam te trzy tygodnie a potem już samo pójdzie. Żeby było łatwiej, zrobiłam sobie tabelkę „odliczankę” i powiesiłam ją na lodówce. I każdego dnia wieczorem, jak już ogarnęłam kuchnię odkreślałam kolejny dzień, żeby po prostu nie zapomnieć. Bo jak się jeden dzień opuści, to całe odliczanie trzytygodniowe trzeba rozpocząć od nowa… w następnym wpisie zdradzę Wam jak to się skończyło :)

 

“Tajemnice zdrowia” cz. 4

“Tajemnice zdrowia” cz. 4

SUPLEMENTACJA DIETY

Dlaczego tak ważna jest suplementacja diety? Mówiliśmy o zasadach żywieniowych. Teraz druga część – suplementacja diety. Załóżmy, że mamy już zdrową dietę i nasze przyzwyczajenia żywieniowe są w porządku. Rodzi się pytanie – co musimy dostarczyć, żeby nasz organizm się odtwarzał i był zdrowy? Wody, energii (cukry, tłuszcze i budulec) regulatory – witaminy, minerały, składniki z żywych roślin (flawonoidy i bioflawonoidy). Katechiny i polifenole są w herbacie zielonej dlatego jest tak zalecana. Kwasy organiczne, enzymy, koenzymy – to wszystko jest niezbędne dla nas. Dla mięśnia sercowego na przykład bardzo ważny jest koenzym Q10 silny antyoksydant, który chroni serce. Ale czasami jak go nie ma w pokarmie to organizm go sam nie stworzy. Musimy go dostarczyć.

Gdy przyjdzie zima wiele osób umrze z przechłodzenia. Prawie nikt nie umrze z głodu, bo nie brakuje wody, energii i budulca. Ale będzie powolna śmierć z głodu spowodowana różnymi chorobami takimi jak cukrzyca, zawał serca, nowotwory, bo to są wszystko choroby dietozależne. Jedną z przyczyn tego, że one są dietozależne oprócz złego odżywiania są konkretnie braki regulatorów – witamin, minerałów, flawonoidów, błonników. Większość ludzi ma te niedobory. Można by spytać dlaczego tak jest? Skoro Bóg stworzył świat tak, że są rośliny i zwierzęta i my je mamy jako pokarm. Gdy kiedyś spojrzałem na suplementy, witaminy zastanawiałem się po co mi to? Przecież my mamy jeść normalne jedzenie a nie kapsułki i tabletki.

Ale wiecie Państwo – ten świat nie został stworzonym takim jakim jest teraz. Dlaczego mamy te braki? Ludzie zaczęli do gleby sypać dużo azotu, fosforu i potasu po to, żeby uzyskać większe biomasy roślinne. Rolnikom się płaci właśnie za biomasę. Jeśli roślina rośnie po tym w dziesięciokrotnie większą biomasę to musi wyciągać z gleby również dziesięć razy tyle. Tylko że nikt nie uzupełnia w glebie magnezu, cynku, manganu, selenu a uzupełnia się tylko to od czego zależy biomasa bo nie płaci się za skład chemiczny roślin. Dlatego nawożenie jednokierunkowe zubaża glebę we wszystkie pozostałe pierwiastki i nie ma ich w glebie tyle co być powinno. Skoro jest duży deficyt w glebie to tym samym jest duży deficyt w roślinach a potem w tkankach zwierzęcych bo one się żywią roślinami. Więc widzimy, że teraz kura domowa dziś ma całkiem inny skład niż kura domowa u babci czy prababci kiedyś.

Czas. Jeśli już mamy produkt roślinny ważny jest czas jaki mija od momentu zebrania rośliny z pola do momentu gdy znajdzie się ona na talerzu. Obecnie ten czas się coraz bardziej wydłuża. Technologia jest coraz bardziej skomplikowana i coraz bardziej wyrafinowane są metody konserwujące. Kup w supermarkecie jaskrawociemnozielonego brokuła i połóż go w domu na dwa dni. Zakwitnie i zrobi się szary. A w markecie będzie leżał i leżał i będzie ciągle ładny. Jak oni to robią? Mają swoje sposoby. Żywność przeszła ewolucję – świat została stworzony tak, żeby przyroda produkowała żywność. Potem człowiek tak ten świat przekształcił, że już nie przyroda a rolnik tworzył żywność a obecnie rolnika coraz częściej wyręcza przemysł.

Zmiana trybu życia. Widzimy już, że w pokarmie mamy mało minerałów. Długość czasu upływającego od produkcji do spożycia sprawia, że pokarm jest jałowy również w witaminy. Trzecia rzecz, która ma miejsce to fakt, że w ciągu ostatnich 300 lat człowiek przestał intensywnie fizycznie pracować. Zaczął intensywnie pracować umysłowo, stresować się i klepać palcami po różnych klawiaturach i maszynach. Ewentualnie trzyma pióro i wypełnia różne kwestionariusze, pisma i wnioski. Czasami niektórzy muszą pisać tyle sprawozdań, że nie mają czasu na zrobienie czegokolwiek nowego bo cały czas piszą sprawozdania. Strasznie się tym denerwują, wytwarza się błędne koło. Efekt – brak pracy fizycznej, bardzo małe wydatkowanie energii i bardzo duże zapotrzebowanie na regulatory. Stres, przejmowanie się, niepokojenie się, niepewność dnia jutrzejszego powoduje, że coraz więcej potrzebujemy regulatorów a coraz mniej idzie energii.

Pokarm zaczął ewoluować niestety w absolutnie odwrotnym kierunku – ma coraz więcej energii a coraz mnie regulatorów. Zwłaszcza pokarm nastolatków i dzieci. Popyt idzie w innym kierunku niż podaż. To jest całkiem niezdrowe dla naszego organizmu. Dlatego mamy poważny problem – jeśli ktoś pyta czy mógłby tak sobie skompilować żywienie, żeby dostarczyć wszystkie witaminy i minerały odpowiedź jest prosta – jest to możliwe, ale dostarczyłbyś organizmowi około 6000-7000 kcal w ciągu dnia. Jeśli skreśli się połowę z tego i dostarczy połowę z tego, tak żeby była odpowiednia ilość kalorii to tym samym okradnie się organizm z witamin i minerałów. Czyli jest problem – między zapotrzebowaniem na energii a zapotrzebowaniem na regulatory jest różnica. Dlatego właśnie powstało zapotrzebowanie na dodatki żywieniowe, witaminy, składniki mineralne, bioflawonoidy i inne. Są one stosowane coraz częściej na świecie wśród ludzi, którzy chcą dłużej pożyć i cieszyć się życiem tym bardziej, że niektórzy nie są na tyle silni by pozbyć się swoich niektórych niezdrowych nawyków. Suplementacja też częściowo to rekompensuje. Wprawdzie nie w stu procentach, ale na pewno niweluje częściowo uboczne skutki naszych złych działań. Na przykład palacz palący 20 papierosów dzienne zażywający dziennie dużą dawkę witaminy C to te 20 papierosów działa jak 2 sztuki u osoby nie zażywającej tej witaminy. Jest to jakaś rekompensacja.

Część 5 już wkrótce :)



Fill The Following Entry And Submit To us.
Name:
Email:

 

Czy Brian Tracy słuchał “Tomcia Palucha”?

?Czy Brian Tracy słuchał Tomcia Palucha??

Dzisiaj co nieco o pozytywnym nastawieniu u dzieci i dorosłych. Pozytywne myślenie jest ostatnio tematem szczególnie modnym. Jest mnóstwo lepszych i gorszych materiałów na ten temat. Przyznam szczerze, że jakiś czas temu byłam dość sceptycznie nastawiona to tego tematu. Wydawało mi się, że to jest skierowane tylko i wyłącznie dla ludzi cierpiących na depresję. Do czasu gdy sięgnęłam po książkę ?Moc pozytywnego myślenia?, którą napisał Norman Vincent Peale. Wywarła ona na mnie ogromne wrażenie. Na tyle silne, że zaraz zakupiłam kilka egzemplarzy i dałam w prezencie najbliższym. Potem przyszedł czas na Briana Tracy ? słynnego mówcę motywacyjnego i jego ?Maksimum osiągnięć?, ?Zjedz tę żabę? i tym podobne. Wszystkie te pozycje uczą nas jak stawiać czoła problemom, rozwiązywać zadania, stawiać sobie cele i co najważniejsze, jak bardzo ważne jest nasze podejście do danej sprawy.
Teraz są to tematy bardzo modne i popularne ale nie zawsze tak było. Na początku lat 90-tych, kiedy wolna przedsiębiorczość wkraczała do Polski tego typu spotkania były traktowane zupełnie inaczej. Powszechną była opinia, że na takich spotkaniach robią ludziom ?pranie mózgu? i że nic dobrego z tego nie wynika, a uczestnicy byli wręcz posądzani o przynależność do sekty. Tak przy okazji, to nawet gdyby prali tam mózgi, to moim zdaniem lepiej mieć czysty niż brudny? ;)
Skąd więc teraz taka zmiana? Ciężko jednoznacznie stwierdzić. Ale moda na pozytywne myślenie, ustanawianie celów i planowanie życia zatacza coraz szersze kręgi. To bardzo dobra wiadomość. Jednak czy to jest to naprawdę coś nowego? Absolutnie nie. Po prostu teraz jest szumnie nazywane i rozgłaszane. I w dobrym tonie orientować się w bieżących wydarzeniach tego typu.
A jak było kiedyś? Wtedy rodzice wpajali nam podstawowe wartości a nie telewizja i Internet. I to właśnie od nastawienia rodziców zależało to, na jakich ludzi wyrośnie ich dziecko. Bo przecież nasza osobowość jest w dużej mierze rezultatem błędów popełnianych przez naszych rodzicieli. A skąd w tych ciężkich czasach PRLu mieli brać oni wiarę w lepsze jutro? Może stąd właśnie wzięło się pokolenie ludzi, którzy sami o sobie mówią, że są sceptykami. I jeszcze się tym chwalą. A ja wcale nie jestem taka pewna, czy bycie sceptykiem to coś dobrego?
Ale wróćmy do wiary w siebie i własne możliwości. Jako dziecko uwielbiałam tak zwane ?Bajki Grajki?, czyli bajki nagrywane na płytach winylowych do słuchania. Każdą postać odtwarzana była przez innego aktora, a że nie było obrazu to wyobraźnia dziecka mogła się rozwijać przy tym wspaniale. Jedną z moich ulubionych bajek był ?Tomcio Paluch? I to właśnie o nim postanowiłam dziś wam opowiedzieć.
Bajka nagrana została w 1978 roku, czyli w czasach, kiedy w Polsce o spotkaniach motywacyjnych chyba nikt nie słyszał. Tekst bajki napisał Antoni Marianowicz a muzyką zajął się Ryszard Sielicki. Głosów postaciom udzielili Andrzej Bogucki, Bogusz Bilewski, Teresa Lipowska, Jan Matyjaszkiewicz, Anna Skaros, czyli jak widać obsada nie byle jaka. I już wtedy autor potrafił docenić rolę pozytywnego wzmocnienia u dzieci, ale nie tylko. Rodzice Tomcia bardzo w niego wierzą i ten wątek przewija się przez całą bajkę, ale na końcu sam pan Tomasz Paluch śpiewa taką piosenkę:

?Czy duży kto, czy mały
Bogaty czy też biedny
Niech ufa prawdzie jednej,
Tej którą zdradzę Wam
Że wola kruszy skały
I jest na wszystko sposób
Zaś klucz do własnych losów
W swych rękach dzierżysz sam?

To bardzo mocne i mądre słowa. Bierzmy odpowiedzialność za przyszłość naszą i przyszłych pokoleń, bo w końcu im większą odpowiedzialność na siebie przyjmujemy tym większa jest potem nagroda.
W każdym razie ja postanowiłam zainwestować w przyszłość swoich dzieci. I bynajmniej nie mam tu na myśli korzystania z usług licznych ?doradców finansowych?. Bo jak powiedział ktoś mądry ?Spuścizna to nie to, co zostawiamy dzieciom, lecz to, co zostawiamy w dzieciach?. Więc moim celem oprócz zapewnienia im stabilizacji finansowej jest wychowanie ich w duchu myśli ?Mogę to zrobić!? a bajki takie jak właśnie Tomcio Paluch bardzo mi w tym pomagają i wierzę, że pomogą również Wam i Waszym dzieciom.

A na samym końcu powiem Wam jeszcze, że Bajki Grajki są wznowione, tyle, że już nie na winylach a na CD a okładki mają podwójne ? to znaczy jedna strona jest w wersji oryginalnej a druga w nowym wydaniu. Dodatkowo mają opcję CD romu z grami edukacyjnymi.