Posts Tagged ‘Brian Tracy’

“No i co z tą kuchnią?”

“No i co z tą kuchnią?”

Dziś, tak jak obiecałam, opowiem Wam jak się skończyła sprawa kuchni… Chociaż jak zdajecie sobie dobrze sprawę, to wcale nie o kuchnię tak naprawdę chodzi, ale o to, żeby zobaczyć, że można.

Tak jak napisałam wcześniej, przygotowałam kartkę na której zrobiłam tabelkę – 21 kratek, 3 tygodnie – bo przecież tyle trwa „wdrażanie”: nowego nawyku. Przyznam szczerze, że te odkreślane krzyżyki bardzo mnie motywowały i pilnowałam, żeby wieczorem móc odhaczyć kolejny dzień. Prawie jak w wojsku, gdzie szeregowiec odcina kolejne kawałki odliczając dni „do wyjścia”.

Pierwszego i drugiego dnia czułam się trochę dziwnie. Dorosła kobieta a jakieś tabelki sobie na lodówce wiesza… Ale z drugiej strony – niech sobie wszyscy myślą co tylko chcą. To moja sprawa i jak się komuś nie podoba niech nie patrzy :)

Po dwóch tygodniach wydawało mi się, że mój wieczorny rytuał kuchenny mam już we krwi. Aż do dnia osiemnastego, kiedy to zdarzyło się tak, że pod wieczór wszystko sobie ładnie uprzątnęłam. Ale chwilę po tym zadzwonił telefon i okazało się, że mamy nieoczekiwanych gości. Zjedliśmy razem drugą kolację… no i sprawa się, mówiąc bardzo potocznie „rypła” bo cały mój wieczorny rytuał został zakłócony i w tym ferworze o kuchni zapomniałam… Ale co bardzo ciekawe – jak tam weszłam następnego dnia, to stwierdziłam, że warto było, bo widziałam wielką różnicę swoich działań o poranku…

Więc kolejnego, 19 dnia wcale nie zrezygnowałam i odhaczałam dalej. Tyle tylko, że do swojej tabelki musiałam dorysować jeszcze 21 krateczek… Ciekawe jaka duża będzie ta tabelka, gdy w końcu uda mi się zrobić krzyżyk przez trzy tygodnie z rzędu.

Teoretycznie mój plan się nie udał… bo 18 dnia poległam, ale i tak jestem z siebie dumna, bo wiem, że mimo tego moje poranki stały się przyjemniejsze. Dzięki Brian! :)

 

„Brian Tracy w sprawie posprzątanej kuchni”

„Brian Tracy w sprawie posprzątanej kuchni”

Człowiek, którego bardzo lubię słuchać – Brian Tracy, wielokrotnie powtarza na licznych wykładach o tym, że należy spisać swoje cele. Wielokrotnie mówił mi też o tym prof. Zbigniew Rek, Grzegorz Mankiewicz i Wojtek Stępkowski z którymi blisko współpracuję. Tłukli mi do głowy, że trzeba mieć marzenia i cele w życiu. I że trzeba je spisać. Statystyki donoszą, że swoje cele spisuje zaledwie 3% ludzi. Ale ci, którzy decydują się na ten krok w zdecydowanej większości te cele realizują.

I tak jak 97% pozostałych to zadanie wydawało mi się mówiąc delikatnie… durne. Po „kiego grzyba” mam to pisać? Przecież wiem czego chcę!!! „Ok. To napisz to. Wypisz sto” powiedział Wojtek. „Czego sto???” zapytałam „Sto, nazwij to jak chcesz – marzeń, celów jak wolisz. Tylko napisz. Mogą dotyczyć dowolnej dziedziny życia. Nie mają to być tylko cele finansowe” W końcu cel to nic innego jak marzenie, koło którego stawiamy datę. Ale ludzie jakoś tak średnio lubią mówić o marzeniach. A dlaczego tak jest? Bo to takie amerykańskie…, bo dziecinne, bo nie wypada, bo…. Powodów można by mnożyć. Cele w życiu mieć wypada, ale mówić o marzeniach jakoś tak dziwnie.

No w każdym razie postanowiłam posłuchać i wzięłam się za spisywanie.
Wzięłam kartkę papieru. I… Pierwsze poszło błyskawicznie, drugie i trzecie też… Potem jeszcze nie najgorzej, przy dziesiątym tempo spadło… przy dwudziestym zaczynałam się już nieźle wysilać, przy trzydziestym postanowiłam zrobić przerwę, bo już nic nie przychodziło mi do głowy… A przecież niby tyle chciałam!

Gdy już stwierdziłam, że więcej nie wymóżdżę dostałam kolejne zadanie – to teraz obok każdego celu / marzenia napisz co musiałabyś zrobić, żeby je zrealizować. A potem zrób trzecią kolumnę – kiedy to ma zostać zrealizowane.

I wiecie co? To naprawdę niesamowite, ale wiele z tych rzeczy można było zrobić praktycznie od ręki! Nie chcę tu dokonywać jakiegoś ekshibicjonizmu i mówić o moich wszystkich celach i marzeniach. Ale gdy masz ich do spisania aż sto, to zaczynasz naprawdę główkować. Tym bardziej, że nie wszystkie muszą być z kalibru tych wielkich życiowych. Potrzebne są też cele krótkoterminowe.

I jednym z takich marzeń, było… tylko się nie śmiejcie… wchodzić rano do kuchni i nie denerwować się. Ktoś spyta, a co Cię w tej kuchni denerwuje? Niby nic, ale… jak tylko tam wchodziłam to robiłam się taka podminowana. Nie wiedziałam na początku skąd to się bierze. Aż pewnego dnia doznałam olśnienia. Rozmawiałam z moją przyjaciółką przez telefon i ona w pewnym momencie stwierdziła, że idzie sprzątać kuchnię. „O tej porze?” – zdziwiłam się bo wieczór był już naprawdę późny. A ona na to: „Tak, bo ja generalnie nie lubię rano wstawać a jak jeszcze wejdę i widzę ten chaos w kuchni to mi się w ogóle odechciewa na świat patrzeć.” Ania, tak jak ja, nie należy do rannych ptaszków tylko to sów, późno chodzi spać, ale przez to nie wstaje bladym świtem. I wtedy doznałam olśnienia… Ja mam dokładnie to samo, tylko nigdy nie zdawałam sobie z tego sprawy! I każdego ranka powtarzało się małe pandemonium.
Kajtek rano wstaje i szybko trzeba zrobić mu kaszkę tudzież inne paciajstwo, dla Ninki herbatka, jakieś płatki, kanapki do Klubu Przedszkolaka i tak dalej. A tu kupa rzeczy na stole niepotrzebnych zupełnie i nie ma na czym śniadania postawić, jakieś talerze po kolacji w zlewie, bo nikt po sobie oczywiście posprzątać nie może. I ogólny chaos po prostu. Nie jestem jakimś szczególnym bałaganiarzem, ale jak się w kuchni sporo robi, to też i jej wygląd jest potem odpowiedni… zwłaszcza przy dwójce małych dzieci, które jedzą chyba sto razy dziennie. A wieczorem trzeba ich jeszcze wykąpać, uśpić, potem porobić mnóstwo ważnych rzeczy na komputerze, a potem to już tylko prysznic i paść na twarz, bo przecież „stonki” to dość ranne ptaszki (w przeciwieństwie do mnie).

Dlatego jak już udało mi się odkryć co powoduje poranny zamęt jednym z moich celów stało się wchodzenie rano do posprzątanej kuchni… , żeby móc zacząć dzień bez niepotrzebnych stresów estetycznych. Zaczęłam się zastanawiać – co mogę zrobić żeby to spełnić? Nic prostszego! Po prostu wieczorem pamiętać o tym, żeby ją ogarnąć. Nie mówię sprzątać na błysk z szorowaniem szafek, ale tak po prostu posprzątać, żeby było przyjemnie.

No i wydawało się, że sprawa załatwiona. Spisałam cel, znalazłam sposób jego realizacji i jeszcze tego samego dnia pięknie posprzątałam. Kolejnego ranka było miło. Drugiego i trzeciego również… potem jakoś się rozlazło… Wszystko było znowu po staremu. Po jakichś dwóch tygodniach sobie o tym przypomniałam i zaczęłam na nowo… na kolejne 2 dni… i potem znowu się rozlazło…

I pewnego pięknego dnia słuchałam wykładu Briana Tracy o samodyscyplinie i tworzeniu nowych nawyków. I dotarło do mojej mózgownicy coś co słyszałam już wielokrotnie, tylko jakoś umykało bokiem…. Że wytworzenie nowego, pozytywnego nawyku trwa trzy tygodnie!!!!! Dwadzieścia jeden dni trzeba daną rzecz powtarzać, żeby stała się naszym nawykiem. Więc powiedziałam sobie. Ok.!!! Wytrzymam te trzy tygodnie a potem już samo pójdzie. Żeby było łatwiej, zrobiłam sobie tabelkę „odliczankę” i powiesiłam ją na lodówce. I każdego dnia wieczorem, jak już ogarnęłam kuchnię odkreślałam kolejny dzień, żeby po prostu nie zapomnieć. Bo jak się jeden dzień opuści, to całe odliczanie trzytygodniowe trzeba rozpocząć od nowa… w następnym wpisie zdradzę Wam jak to się skończyło :)

 

Czy Brian Tracy słuchał “Tomcia Palucha”?

?Czy Brian Tracy słuchał Tomcia Palucha??

Dzisiaj co nieco o pozytywnym nastawieniu u dzieci i dorosłych. Pozytywne myślenie jest ostatnio tematem szczególnie modnym. Jest mnóstwo lepszych i gorszych materiałów na ten temat. Przyznam szczerze, że jakiś czas temu byłam dość sceptycznie nastawiona to tego tematu. Wydawało mi się, że to jest skierowane tylko i wyłącznie dla ludzi cierpiących na depresję. Do czasu gdy sięgnęłam po książkę ?Moc pozytywnego myślenia?, którą napisał Norman Vincent Peale. Wywarła ona na mnie ogromne wrażenie. Na tyle silne, że zaraz zakupiłam kilka egzemplarzy i dałam w prezencie najbliższym. Potem przyszedł czas na Briana Tracy ? słynnego mówcę motywacyjnego i jego ?Maksimum osiągnięć?, ?Zjedz tę żabę? i tym podobne. Wszystkie te pozycje uczą nas jak stawiać czoła problemom, rozwiązywać zadania, stawiać sobie cele i co najważniejsze, jak bardzo ważne jest nasze podejście do danej sprawy.
Teraz są to tematy bardzo modne i popularne ale nie zawsze tak było. Na początku lat 90-tych, kiedy wolna przedsiębiorczość wkraczała do Polski tego typu spotkania były traktowane zupełnie inaczej. Powszechną była opinia, że na takich spotkaniach robią ludziom ?pranie mózgu? i że nic dobrego z tego nie wynika, a uczestnicy byli wręcz posądzani o przynależność do sekty. Tak przy okazji, to nawet gdyby prali tam mózgi, to moim zdaniem lepiej mieć czysty niż brudny? ;)
Skąd więc teraz taka zmiana? Ciężko jednoznacznie stwierdzić. Ale moda na pozytywne myślenie, ustanawianie celów i planowanie życia zatacza coraz szersze kręgi. To bardzo dobra wiadomość. Jednak czy to jest to naprawdę coś nowego? Absolutnie nie. Po prostu teraz jest szumnie nazywane i rozgłaszane. I w dobrym tonie orientować się w bieżących wydarzeniach tego typu.
A jak było kiedyś? Wtedy rodzice wpajali nam podstawowe wartości a nie telewizja i Internet. I to właśnie od nastawienia rodziców zależało to, na jakich ludzi wyrośnie ich dziecko. Bo przecież nasza osobowość jest w dużej mierze rezultatem błędów popełnianych przez naszych rodzicieli. A skąd w tych ciężkich czasach PRLu mieli brać oni wiarę w lepsze jutro? Może stąd właśnie wzięło się pokolenie ludzi, którzy sami o sobie mówią, że są sceptykami. I jeszcze się tym chwalą. A ja wcale nie jestem taka pewna, czy bycie sceptykiem to coś dobrego?
Ale wróćmy do wiary w siebie i własne możliwości. Jako dziecko uwielbiałam tak zwane ?Bajki Grajki?, czyli bajki nagrywane na płytach winylowych do słuchania. Każdą postać odtwarzana była przez innego aktora, a że nie było obrazu to wyobraźnia dziecka mogła się rozwijać przy tym wspaniale. Jedną z moich ulubionych bajek był ?Tomcio Paluch? I to właśnie o nim postanowiłam dziś wam opowiedzieć.
Bajka nagrana została w 1978 roku, czyli w czasach, kiedy w Polsce o spotkaniach motywacyjnych chyba nikt nie słyszał. Tekst bajki napisał Antoni Marianowicz a muzyką zajął się Ryszard Sielicki. Głosów postaciom udzielili Andrzej Bogucki, Bogusz Bilewski, Teresa Lipowska, Jan Matyjaszkiewicz, Anna Skaros, czyli jak widać obsada nie byle jaka. I już wtedy autor potrafił docenić rolę pozytywnego wzmocnienia u dzieci, ale nie tylko. Rodzice Tomcia bardzo w niego wierzą i ten wątek przewija się przez całą bajkę, ale na końcu sam pan Tomasz Paluch śpiewa taką piosenkę:

?Czy duży kto, czy mały
Bogaty czy też biedny
Niech ufa prawdzie jednej,
Tej którą zdradzę Wam
Że wola kruszy skały
I jest na wszystko sposób
Zaś klucz do własnych losów
W swych rękach dzierżysz sam?

To bardzo mocne i mądre słowa. Bierzmy odpowiedzialność za przyszłość naszą i przyszłych pokoleń, bo w końcu im większą odpowiedzialność na siebie przyjmujemy tym większa jest potem nagroda.
W każdym razie ja postanowiłam zainwestować w przyszłość swoich dzieci. I bynajmniej nie mam tu na myśli korzystania z usług licznych ?doradców finansowych?. Bo jak powiedział ktoś mądry ?Spuścizna to nie to, co zostawiamy dzieciom, lecz to, co zostawiamy w dzieciach?. Więc moim celem oprócz zapewnienia im stabilizacji finansowej jest wychowanie ich w duchu myśli ?Mogę to zrobić!? a bajki takie jak właśnie Tomcio Paluch bardzo mi w tym pomagają i wierzę, że pomogą również Wam i Waszym dzieciom.

A na samym końcu powiem Wam jeszcze, że Bajki Grajki są wznowione, tyle, że już nie na winylach a na CD a okładki mają podwójne ? to znaczy jedna strona jest w wersji oryginalnej a druga w nowym wydaniu. Dodatkowo mają opcję CD romu z grami edukacyjnymi.