Archive for the ‘samodoskonalenie’ Category

“Sangwinik – któż to taki?”

Bardzo spodobało mi się porównanie Littauer, która mówi, że z nasz temperament jest jak skała. Rodzimy się na przykład granitem, marmurem, alabastrem czy piaskowcem. I w ciągu życia jesteśmy poddawani wpływom innych ludzi, którzy nas rzeźbią, strugają, czyszczą piaskiem i polerują. Cały czas jesteśmy w jakiś sposób kształtowani. Zmieniamy się. Zmienia się kształt, ale rodzaj skały pozostaje taki sam. I tak samo jest z naszą osobowością. Gdy się rodzimy mamy określone cechy – lepsze i gorsze. To co ma na nas wpływ to warunki w jakich przyszło nam żyć, iloraz inteligencji, środowisko, rodzice, narodowość, status materialny i inne. To wszystko przyczynia się do kształtowania naszej osobowości, ale wewnętrzny temperament jest taki sam.

W poprzednim wpisie podana została lista cech, charakterystycznych dla każdego z czterech typów osobowości. Ale jak to lista, jest to po prostu suchy zestaw wyrazów… które nie zawsze przemawiają do naszej wyobraźni. Dlatego myślę, że warto byłoby to w jakiś sposób skomentować. Zdaję sobie sprawę, że w porównaniu z autorami wcześniej wspomnianych książek mój opis może być nieco nieudolny, ale niech to będzie dla Was zachętą, żeby sięgnąć do źródła.

Ale po kolei. Wikipedia pokazuje pięknie, kolorowo, obrazkowo, ale zarazem schematycznie wszystkie cztery typy osobowości. Na tyle pięknie, że postanowiłam jakimś magicznym sposobem umieścić ten obrazek w tym wpisie, żeby był widoczny od razu dla wszystkich, żeby nie trzeba było skakać po odnośnikach. Bo ja osobiście akrobatką nie jestem i jak zaczynam “łazić” po “linkach” zawartych w jakimś artykule to tracę wątek i albo nie doczytam artykułu do końca, albo potem zapomnę wejść w polecany link. To zdaje się jest jakiś objaw sangwinika ;) Wszystkim, którzy mnie znają, nie trzeba tłumaczyć, że takie zadanie to dla mnie magia totalna. Ale postanowiłam, że skoro mam się doskonalić w tych cudnych technologiach to teraz jest okazja. Trochę o trwało, ale udało się! Efekt poniżej.

Zacznijmy od sangwinika. Przyznam szczerze, że gdy usłyszałam to słowo po raz pierwszy na jednym z wykładów nie miałam pojęcia kto to taki. Ale, że słowo padało dość gęsto to zaraz po powrocie do domu… nie, nie sięgnęłam po encyklopedię, jak to kiedyś się robiło, tylko “wyguglowałam” to słowo. Jako pierwszy pojawił się link do Wikipedii. I to co tam znalazłam pod hasłem “Sangwinik” bardzo mi się spodobało…

A co “mówi” na ten temat Wikipedia?
“Sangwinik (łac. sanguis, czyt. sangwis – krew) – najbardziej ustabilizowany typ charakteru. Sangwinik to osoba o optymistycznym podejściu do życia, otwarta na relacje interpersonalne, towarzyska, beztroska. Lubi być w centrum zainteresowania, władcza i dominująca, czasem dumna i spoglądająca na innych “z góry”. Jest emocjonalna i spontaniczna, ma duże poczucie humoru, potrafi przyciągać do siebie ludzi. Tryska energią i entuzjazmem, jest twórcza, lubi komplementy, szybko się odwzajemnia.”

Jednym słowem, żywe chodzące słoneczko, które wszędzie wnosi dużo blasku i radości. Ale życie z takim człowiekiem może być również momentami ciężkie. Bo to właśnie sangwinik potrafi zgubić samochód na parkingu, zapomnieć odebrać dziecko ze szkoły czy pojechać nie po to dziecko do nie właściwej szkoły. Z jednej strony jest to źródło fantastycznych anegdot, które możemy opowiadać na spotkaniach towarzyskich ale z drugiej strony potrafi być mocno uciążliwe. Dobrym przykładem tutaj może być mój kolega, który pracuje jako nauczyciel w kilku szkołach. Jest niesamowicie wszechstronny i uczy różnych przedmiotów – między innymi informatyki i fizyki. I pewnego pięknego dnia pojechał do szkoły, wchodzi do klasy i zaczyna lekcję. Prowadzi zajęcia przez ładnych parę minut nie dając uczestnikom dojść do głosu. W końcu jeden z uczniów nie wytrzymał i mówi: “Panie Profesorze, ale my normalnie mamy z Panem informatykę a nie fizykę…” Pan Profesor, jak się okazało, zapamiętał godzinę rozpoczęcia zajęć i nauczany przedmiot, tyle tylko, że pojechał nie do tej szkoły co trzeba… I jak tu go nie kochać???

Żeby nie było za dużo na raz, kolejne typy wkrótce :)

 

“O osobowości słów kilka…”

“O osobowości słów kilka…”

Teoria czterech temperamentów została zapoczątkowana przez Hipokratesa już czterysta lat przed Chrystusem. Ja jednak natknęłam się na nią dopiero kilka lat temu z dwóch źródeł – w książce Florence Littauer zatytułowanej “Osobowość Plus. Jak zrozumieć innych przez zrozumienie siebie?” oraz “Pozytywne Profile Osobowości” autorstwa Roberta Rohma.

Tak jak pisałam wcześniej – natknęłam się na dwa podziały typów osobowości. Zasadniczo są one takie same, różnią się tylko lekko nazewnictwem. Florence Littauer stosuje podział na Choleryków, Sangwiników, Flegmatyków i Perfekcyjnych Melancholików. Natomiast Robert Rohm postawił na określenia „literkowe”, czyli typ D (choleryk), I (sangwinik), S (Flegmatyk) oraz C (Perfekcyjny Melancholik).

I tak zastanawiam się, który podział mi bardziej odpowiada i ciągle nie mogę się zdecydować. Bo z jednej strony nazewnictwo pani Littauer jest bardzo obrazowe i łatwiej je zapamiętać niż literki Rohma (których nota bene nie mogę zapamiętać po dziś dzień a są tylko cztery…), ale z drugiej strony słowo „flegmatyk” czy „melancholik” jakoś tak średnio dobrze się kojarzy.

Skąd u Rohma wzięły się akurat takie literki a nie inne? Otóż Rohm, jako człek anglojęzyczny zebrał cechy każdego typu i tak:

Choleryk = Typ D

Podstawowe cechy

Dominating – Dominujący
Demanding – wymagający
Direct – bezpośredni
Determined – zdeterminowany
Deceisive – podejmujący decyzje
Dogmatic – dogmatyczny
Director – kierownik
Dreamer – marzyciel
Diligent – pilny
Dynamic – dynamiczny

Silne strony typu D
Ma silną wolę, zdeterminowany, niezależny, optymistyczny, praktyczny, wydajny, stanowczy, przywódca, pewny siebie.


Sangwinik = typ I

Podstawowe cechy

Inspiring – inspirujący
Influencing – wpływający na innych
Inducive – lubiący działać
Interesting – interesujący
Impressionable – taki na którym łatwo zrobić wrażenie
Interested in people – interesujący się ludźmi
Imaginative – mający bujną wyobraźnię
Impulsive – impulsywny, mówi zanim pomyśli
Illogical – nielogiczny

Silne strony typu I
Przyjacielski, współczujący, beztroski, gadatliwy, otwarty, entuzjastyczny, ciepły, sympatyczny, zabawny.

Flegmatyk = typ S
Podstawowe cechy:

Supportive – wspierający
Safe – lubi bezpieczeństwo
Serving – służący innym
Sweet – słodki
Subordinate – podporządkowany
Shy – nieśmiały
Status quo – lubiący status quo, nie zmieniać za dużo
Sentimental – sentymentalny
Wykorzystywany, bo nie potrafi powiedzieć „Nie”
Systematic – systematyczny
Stable – stabilny, stały

Silne strony typu S
Spokojny, godny zaufania, wyrozumiały, niezawodny, skuteczny, praktyczny, konserwatywny, dyplomatyczny, pełen humoru.

Perfekcyjny Melancholik – typ C
Podstawowe cechy

Cautious – ostrożny
Competent – kompetentny
Cognitive – poznawczy
Careful – dbający o innych
Calculating – kalkulujący
Critical thinking – krytyczne myślenie
Consciencious – sumienny
Conformist – konformista
Consistent – stały, systematyczny
Too cold – zbyt chłodny

Silne strony typu C
Utalentowany, analityczny, wrażliwy, perfekcyjny, esteta, idealista, lojalny, skłonny do poświęceń, skrupulatny.

Koniec tej wyliczanki. Omówienie nastąpi w następnym wpisie.

Źródło:
“Funbook” by Robert Rohm

 

“Czy Pan Andrzej dostanie w głowę?”

“Czy Pan Andrzej dostanie w głowę?”

Dzisiaj kolejny wpis z serii dzieci i ciekawostki lingwistyczne. Otóż ostatnimi czasy moje Stonki zapałały wielką miłością do gry w piłkę w domu. W pewnym momencie, mając na uwadze zapewne zszargane już do granic możliwości nerwy sąsiadów mieszkających pod nami poprosiłam grzecznie:
-„Nie rzucaj tą piłką bo Pan Andrzej w końcu w głowę dostanie!!!”
A Starsza Stonka na to:
- „Ale go tu nie ma to jak mogę go w głowę trafić??????????”

I zaczęło się tłumaczenie Stonce Starszej, że nie wszystko należy rozumieć tak dosłownie itd. Ale przynajmniej świadczy to o fakcie, że Stonka przynajmniej czasami słucha co się do niej mówi. Z naciskiem na czasami oczywiście. O zastosowaniu się do rzeczy usłyszanych nie mówię, bo tu widać jeszcze dłuuuuga droga przed nami. Nie jest łatwo wychowywać dziecko o osobowości typu D (podział wg Roberta Rohma) zwanego inaczej Cholerykiem (podział wg Florence Littauer).

Myślę, że przydałoby się tutaj krótkie omówienie tego podziału, bo mnie osobiście pomogło to bardzo w zrozumieniu innych i relacjach międzyludzkich. Z braku czasu dziś nie da rady, ale w najbliższym czasie obiecuję osobny wpis dotyczący tego tematu.

 

“Paradygmaty myślenia – co to takiego i jakie może mieć dla nas konsekwencje.”

“Paradygmaty myślenia – co to takiego i jakie może mieć dla nas konsekwencje.”

Po raz pierwszy termin „paradygmaty myślenia” usłyszałam z ust profesora Zbigniewa Reka, który nawiązywał do słów swojego przyjaciela mówiącego tak: „Czy ty zdajesz sobie sprawę z tego, że Twój mózg jest zamknięty w pudełku, które Ty sam zbudowałeś? To jest pudełko paradygmatów Twojego myślenia”. Każdy z nas jest przyzwyczajony do myślenia określonymi kategoriami. Jest nam bardzo trudno się poza to wychylić. Ile razy widzimy nową ideę, nowy pomysł, cokolwiek nowego, tyle razy próbujemy przetłumaczyć to sobie na język czegoś, co znamy. I ze mną było dokładnie tak samo. Ale może najlepiej będzie zacząć od początku.

Pewnego pięknego dnia zadźwięczał telefon. Dzwonił jak zwykle, nie zapowiadało się nic szczególnego. Odebrałam i okazało się, że to moja dobra koleżanka ze studiów, która wyemigrowała do Wielkiej Brytanii. Powiedziała, że zajmuje się wdrażaniem Mechanizmu Prosumenta na Internecie i że szukają kilku kluczowych osób do współpracy i że pomyślała właśnie o mnie. Z jednej strony było mi bardzo miło, że pomyślała o mnie, bo to znaczyło, że ma jakoś tam pozytywnie wyrobione zdanie na mój temat. Ale z drugiej strony nie miałam pojęcia o czym ona w ogóle mówi! Jaki Mechanizm, jakiego Prosumenta?? Przecież ja o tym w życiu nie słyszałam. Ale ona stwierdziła, że poradzę sobie na pewno. Ustaliłyśmy, że z racji dzielącej nas odległości będzie wygodniej jak cały temat przedstawi mi niejakiWojtek. Stwierdziłam, że właściwie czemu nie. Co mi szkodzi? Porozmawiam z nim bez żadnych zobowiązać z obu stron a potem się zobaczy.

Obejrzałam całą prezentację. Stwierdziłam, że faktycznie nie jest to nic trudnego a może to być wielka szansa dla mnie. Gdy słuchałam o Kwadrancie Przepływu Pieniędzy dotarło do mnie, że to jest coś, czego przez cały czas podświadomie szukałam i do czego dążyłam. Wszystko było logicznie powiązane i sensowne. Cały temat wydał mi się naprawdę wart uwagi aż do pewnego momentu, gdy usłyszałam nazwę „AMWAY”. Wtedy cały mój entuzjazm ulotnił się błyskawicznie. Kurczę brzmiało to wszystko naprawdę ciekawie a to Amway…

I stąd właśnie moje nawiązanie do paradygmatów. Czym był dla mnie Amway? Dwa skojarzenia – pierwsze: bardzo dobre produkty, drugie: nawiedzona kobieta, która przychodziła do nas do domu i robiła prezentacje tychże produktów. Rozumiem, że człowiek może uważać coś za dobre, ba nawet rewelacyjne, ale to co Ci państwo wyprawiali zakrawało na pewien fanatyzm… Rozumiem, że Uniwersalny Płyn Czyszczący LOC, może wyczyścić naprawdę trudne zabrudzenia, ale po co udowadniać innym, że można nim jeszcze podlać kwiatki, umyć zęby i inne dziwne rzeczy?

I od razu powstał we mnie gwałtowny sprzeciw. Nie będę chodzić po domach i urządzać prezentacji płynów do czyszczenia czegokolwiek!!!!!!!!! Nie chcę, nie lubię, nienawidzę! Wojtek uśmiał się po pachy i powiedział „Ale przecież nikt tego od Ciebie nie oczekuje”.
NIE????????????? No teraz to już zdębiałam totalnie. No jak to? Przecież ja znam Amway, bo pamiętam tych ludzi, którzy do nas przychodzili… No tak. Czy to naprawdę znaczy, że znam tę firmę? Zaczęłam się zastanawiać nad tym głębiej. Przecież tak naprawdę, to zetknęłam się zaledwie z dwoma jej przedstawicielami… A są ich w Polsce tysiące. Czy mogę więc rzetelnie ocenić na podstawie tylko tych dwóch? Chyba nie bardzo. A jednak większość ludzi tak robi. Widzimy jakiś niewielki ułameczek, fragmencik czegoś i stwierdzamy, że całość jest taka. A tymczasem prawda może być zupełnie inna.

Przychodzi mi tu jeszcze na myśl pewne porównanie dotyczące właśnie oceniania całości na podstawie fragmentu. Znalazłam to w jakiejś książce, ale oczywiście nie pamiętam jakiej… Wyobraźcie sobie taką sytuację. Nigdy nie byliście na plaży, nie widzieliście morza, nie słyszeliście tego cudownego szumu fal i wiatru, nie czuliście tego cudownego morskiego powietrza… I teraz ja chcę Wam pokazać jak cudowne jest morze i plaża. Powiedzmy, że nie umiem tego pięknie i po literacku opisać więc postanawiam przywieźć Wam fragment prawdziwej plaży. Pojechałam nad morze, nabrałam do wielkiego słoika piasku i dodałam do tego trochę kamyczków i morskiej wody. I pokazuję to Wam mówiąc, że to jest cząstka prawdziwej plaży… Ciekawe ilu z Was podzieliłoby mój zachwyt… Śmiem podejrzewać, że nikt… bo na podstawie kawałeczka, choćby prawdziwego, nie da się rzetelnie ocenić całości. Tym bardziej, że w tym przypadku ten kawałeczek, czyli piasek wymieszany z wodą prezentuje się raczej jako niezłe błoto a nie coś co może budzić jakikolwiek zachwyt. I stąd mój apel do Was – zanim coś ocenicie, najpierw zapoznajcie się z całością a potem przefiltrujcie to przez swój zdrowy rozsądek. I opierajcie się na faktach a nie na opiniach, bo to naprawdę wielka różnica.



Jesli chcesz dostawac informacje o nowych wpisach na blogu wpisz sie na liste
Imie:
Email:

 

“No i co z tą kuchnią?”

“No i co z tą kuchnią?”

Dziś, tak jak obiecałam, opowiem Wam jak się skończyła sprawa kuchni… Chociaż jak zdajecie sobie dobrze sprawę, to wcale nie o kuchnię tak naprawdę chodzi, ale o to, żeby zobaczyć, że można.

Tak jak napisałam wcześniej, przygotowałam kartkę na której zrobiłam tabelkę – 21 kratek, 3 tygodnie – bo przecież tyle trwa „wdrażanie”: nowego nawyku. Przyznam szczerze, że te odkreślane krzyżyki bardzo mnie motywowały i pilnowałam, żeby wieczorem móc odhaczyć kolejny dzień. Prawie jak w wojsku, gdzie szeregowiec odcina kolejne kawałki odliczając dni „do wyjścia”.

Pierwszego i drugiego dnia czułam się trochę dziwnie. Dorosła kobieta a jakieś tabelki sobie na lodówce wiesza… Ale z drugiej strony – niech sobie wszyscy myślą co tylko chcą. To moja sprawa i jak się komuś nie podoba niech nie patrzy :)

Po dwóch tygodniach wydawało mi się, że mój wieczorny rytuał kuchenny mam już we krwi. Aż do dnia osiemnastego, kiedy to zdarzyło się tak, że pod wieczór wszystko sobie ładnie uprzątnęłam. Ale chwilę po tym zadzwonił telefon i okazało się, że mamy nieoczekiwanych gości. Zjedliśmy razem drugą kolację… no i sprawa się, mówiąc bardzo potocznie „rypła” bo cały mój wieczorny rytuał został zakłócony i w tym ferworze o kuchni zapomniałam… Ale co bardzo ciekawe – jak tam weszłam następnego dnia, to stwierdziłam, że warto było, bo widziałam wielką różnicę swoich działań o poranku…

Więc kolejnego, 19 dnia wcale nie zrezygnowałam i odhaczałam dalej. Tyle tylko, że do swojej tabelki musiałam dorysować jeszcze 21 krateczek… Ciekawe jaka duża będzie ta tabelka, gdy w końcu uda mi się zrobić krzyżyk przez trzy tygodnie z rzędu.

Teoretycznie mój plan się nie udał… bo 18 dnia poległam, ale i tak jestem z siebie dumna, bo wiem, że mimo tego moje poranki stały się przyjemniejsze. Dzięki Brian! :)