Archive for the ‘Przepisy kulinarne "dla zdrowotności"’ Category

Ciasto z daktylami i kardamonem dla zdrowotności.

Ciekawie o daktylach pisze Stefania Korżawska, że są to słodycze mocarne, ponieważ są bogatym źródłem prosty cukrów, które są doskonale przyjmowane przez organizm. Zawierają witaminy A, C, B1, B2, PP a także potas, żelazo, fosfor i magnez. Nie wspominając już o sporej dawce błonnika… Dlatego, gdy tylko zobaczyłam ten przepis natychmiast postanowiłam go upiec i stwierdzam zdecydowanie – rewelacja! Przepis pochodzi z bloga Doroty -  www.mojewypieki.com, której bardzo dziękuję za liczne inspiracje kulinarne.

Przepyszne, niezwykle aromatyczne i zdumiewająco lekkie ciasto jeśli brać pod uwagę fakt, że zostało wykonane z żytniej mąki razowej.

Ciasto z daktylami i kardamonem dla zdrowotności.

Składniki:

  • 175 g suszonych daktyli, bez pestek
  • świeżo wyciśnięty sok z 1 cytryny
  • 200 g masła
  • 150 g jasnego cukru muscovado lub demerara
  • pół łyżeczki ekstraktu z wanilii (ostatecznie można użyć cukru waniliowego)
  • 2 jajka
  • 1 łyżeczka sody oczyszczonej
  • 1 łyżeczka cynamonu
  • 2 łyżeczki kardamonu zmielonego (nie bójcie się tej ilości :) )
  • 200 g mąki żytniej razowej

Wszystkie składniki powinny być w temperaturze pokojowej.

Daktyle posiekać na małe kawałki, wrzucić do niedużego garnuszka, zalać 200 ml wody, dodać sok z cytryny, zagotować. Pogotować przez około 10 minut, pod przykrywką, aż daktyle zmiękną a całość będzie miała konsystencję papki/pasty. Odstawić, przestudzić.

W misie miksera utrzeć masło z cukrem, do lekkości i puszystości. Wmieszać ekstrakt z wanilii. Dodawać jajka (w całości), jedno po drugim, dokładnie ucierając po każdym dodaniu.

Do osobnego naczynia przesiać sodę, przyprawy i mąkę. Następnie całość suchych składników dodawać do masy jajecznej, na zmianę z pastą daktylową, mieszając szpatułką tylko do połączenia się składników.

Formę o średnicy 20 cm wyłożyć papierem do pieczenia. Przełożyć do niej ciasto, wyrównać.

Piec w temperaturze 170ºC przez około 50 minut lub do tzw. suchego patyczka. Wyjąć, przestudzić.

Smacznego!

 

Kokosowa pychota dla zdrowotności.

Dr Zdzisław Kubat zaleca spożywanie serwatki, tłuszczu kokosowego i kokosów w ogóle. Dlatego stworzyłam deserek, który w smaczny sposób pomoże te zalecenia spełnić.

Danie polecane dla wszystkich, którzy tak jak ja, lubią smak kokosa. Ze względu na dietę bezpszenną Stonki przygotowuję to na bazie kaszki kukurydzianej i sprawdza się świetnie a jest bezglutenowa.

Kokosowa pychota dla zdrowotności

8 łyżek kaszki kukurydzianej (grys) lub kaszy manny

1 puszka mleka kokosowego (400g)

400 ml mleka lub serwatki demineralizowanej rozpuszczonej w wodzie

4 garści wiórków kokosowych

1-2 garści rodzynek

kilka pokrojonych daktyli

4 łyżki tłuszczu kokosowego lub ewentualnie w razie braku – zwykłego masła

cukier lub miód do smaku

Mleko kokosowe wymieszać ze zwykłym lub serwatką w proszku rozrobioną z wodą. Wsypać kaszkę kukurydzianą lub mannę, wiórki, tłuszcz kokosowy, rodzynki, daktyle i cukier / miód do smaku. Zagotować mieszając co chwilę i gotować aż masa pięknie zgęstnieje. Przełożyć do miseczek i nasza kokosowa pychota dla zdrowotności gotowa! Pachnie i smakuje obłędnie…

 

Kasza jaglana – złoto polskiej ziemi

“Kasza jaglana – złoto polskiej ziemi”.

“Nie będę jeść żadnej kaszy! Ona jest ofujna!!” Zdecydowała Stonka, gdy zapytała mnie co gotuję.

“Przecież nigdy jej nie jadłaś…” – zaczęłam delikatnie

” To nic. Pippi w bajce na widok kaszy powiedziała: “oo fuuuj” czyli jest “ofujna” i koniec” – Stonka nie dawała za wygraną.

“Dobrze, nie jedz. Stonek, a ty chcesz?” – Stonek posmakował, stwierdził, że wcale nie jest “ofujne” tylko słodkie a jak słodkie to przecież Stonce powinno smakować. I tak udało mi się przekonać Stonkę do naszego wspólnego śniadanka… A co to było za śniadanko? Kasza jaglana według własnego pomysłu (chyba, że ktoś na taki pomysł wpadł wcześniej a ja żyję w błogiej nieświadomości za to bardzo dumna z siebie, że takie smaczne danie skomponowałam :)

Stefania Korżawska w swojej książce “Wybrałam zdrowie dla dziecka” przepięknie pisze o kaszy jaglanej nazywając ją prawdziwym polskim złotem “bowiem rozgrzewa wilgotne, wychłodzone, przeziębione i zakatarzone organizmy. Wnosi do organizmu słońce polskich pól, radość przyrody, łagodny powiew ciepłego wiatru. Dodaje więc pozytywnej energii każdemu organizmowi.” A zmarzlaków z wiecznie lodowatymi rękami w naszym otoczeniu niestety nie brakuje…

Już po samym takim wstępie człowiek nabiera ochoty na zjedzenie takiej kaszy. Ale jak? Jak ją przygotować? Z czym podać? I co zrobić, żeby nasze dzieci też chciały ją zjeść?? Oto jest pytanie. Postanowiłam spróbować i z wielką radością stwierdzam, że się udało! A skoro ja dałam radę to chyba z takim daniem poradzi sobie każdy…

Kasza jaglana na pyszny początek dnia

2 kubki wody

1 kubek kaszy jaglanej

garść rodzynek

garść daktyli

10 migdałów

7 orzechów brazylijskich

pół łyżeczki imbiru

pół łyżeczki kurkumy

łyżeczka cynamonu

cukier trzcinowy / miód

masło klarowane (ghee) lub olej (lniany, z ostropestu lub inny) lub przy braku tychże – po prostu zwykłe, prawdziwe masło.

Do garnuszka wlać 2 kubki wody. Zagotować. Do wrzątku wsypać kaszę jaglaną, daktyle, rodzynki, zmielone orzechy brazylijskie i migdały (ja używam do tego obrotowej tarki do sera,warzyw, orzechów itp. – absolutnie rewelacyjne urządzenie, które polecam każdemu), kurkumę, imbir i cynamon. Jeśli ktoś lubi można dodać też zmielone ziarno kardamonu, anyżu lub zmielone goździki (ja mielę w zwykłym młynku do kawy) oraz dowolne suszone owoce. Gotować do wchłonięcia się całej wody.

Jeśli słodzimy cukrem, to cukier należy też dodać w trakcie gotowania, żeby się rozpuścił. Dobrze sprawdza się tutaj ciemny cukier trzcinowy Muscovado, ale Demerara ciemny lub jasny też może być. Natomiast jeśli zdecydujemy się słodzić miodem to wtedy miód dodajemy już po ugotowaniu i lekkim przestudzeniu.

To samo dotyczy tłuszczu – jeśli dodajemy masło – klarowane lub zwykłe możemy to zrobić w trakcie gotowania. Natomiast oleje bardzo nie lubią zbyt wysokich temperatur, dlatego olej lniany, ostropestowy, sezamowy czy inny dodajemy już po nałożeniu na talerz.

Danie to jest bardzo proste w przygotowaniu i wcale nie czasochłonne. Można je przygotować dzień wcześniej a rano podgrzać i mamy super zdrowe, pożywne i rozgrzewające śniadanko! Jak pisze Stefania Korżawska “ciepłe śniadanie, a energia na długo w organizmie zostanie”. A ile dobrego zrobimy w ten sposób dla swojego organizmu.

Kasza jaglana, naturalny antybiotyk, dostarczy bardzo dużo witamin z grupy B oraz żelaza, wapnia, magnezu i krzemu oraz nienasycone kwasy tłuszczowe. Migdały wzmocnią układ krwionośny i serce, dostarczają wapnia i witaminę E. Daktyle – choć są słodkie – nie szkodzą a dostarczają witaminy A, C, B1, B2, PP, potas, żelazo, fosfor i magnez. Olej lniany – przebogate źródło nienasyconych kwasów tłuszczowych a masło dostarczy witaminy A, D, E, B, potas, wapń i magnez. Orzechy brazylijskie dostarczą za to selenu, tak potrzebnego nam wszystkim.

To jak? Do dzieła ! Smacznego życzę :)

 

“Kawa Zdzisława”, czyli “Kubatówka”

“Kawa Zdzisława”, czyli “Kubatówka”

Tym razem parę słów o kawie. Nigdy nie byłam jej miłośniczką ze względów czysto praktycznych. A raczej z powodu konsekwencji jakie musiałam ponosić za każdym razem, gdy kawę wypiłam? Generalnie wolałam herbatę od kawy od zawsze. W czasach kiedy w Polsce nie słyszano za bardzo o kawie rozpuszczalnej w ogóle nie mogłam sobie wyobrazić opcji wypicia kawy “fusiastej”. Już sam jej zapach przyprawiał mnie o mdłości. Nie wspomnę o koszmarze pierwszych łyków pełnych pływających cząstek zmielonej kawy. Paskudztwo.

Potem pojawiła się kawa rozpuszczalna. Wydawała mi się idealnym rozwiązaniem. Nie śmierdziała kwaśno, nie było błota na dnie filiżanki. Tylko pić! Ale wkrótce okazało się, że jednak nie za bardzo. Po wypiciu kawy najpierw zaczynało się robić coś dziwnego w żołądku, który po prostu przestawał pracować. A potem zaczynała mnie łupać głowa. Początkowo delikatnie, niewinnie ale ból narastał. Czasami do tego stopnia, że całą noc spać nie mogłam. Koszmar po prostu.

Aż pewnego pięknego dnia poznałam Wojtka Stępkowskiego a potem jeszcze doktora Kubata. To są dwie bardzo ważne dla mnie osoby. Wojtek powiedział mi o “kawie Zdzisława” jak ją pieszczotliwie nazywamy a dr Zdzisław Kubat tę kawę… no właśnie nie wiem… sam wymyślił, czy gdzieś wyszukał? Nieważne. Dla nas jest on źródłem, z którego o takiej kawie się dowiedzieliśmy.

Oczywiście jak dostałam przepis byłam bardzo sceptycznie nastawiona. Po tak licznych przykrych doświadczeniach powiedziałam sobie “Nie. Koniec z uleganiem innym. Po co mam potem się męczyć?”. Tutaj muszę się Wam do czegoś przyznać. Często na rozmaitych imprezach, spotkaniach towarzyskich czy nawet w pracy, gdy ktoś proponował mi kawę, to piłam ją, bo po prostu wszyscy pili i jakoś niezręcznie mi było mówić, że ja poproszę herbatę. No i piłam tę kawę a potem po prostu umierałam… Głupota totalna. Ale jakoś tak nie chciałam się wyłamywać. Ale pewnego dnia pomyślałam sobie: Po co? Co komu robi za różnicę co ja piję? To ja się potem męczę nie oni, więc albo zrozumieją, albo niech mi nic nie robią.

Jeszcze dziwniejsze jest to, że pewne jednostki nie potrafiły tego zrozumieć. Jedna z koleżanek często zapraszała mnie do siebie “na kawkę”. Spotykamy się do teraz czasami u mnie, czasami u niej. Jednak za każdym razem jest to samo pytanie “Kawę?” i moja odpowiedź “Nie. Herbatę”. I ona nie może tego zrozumieć. Jak można pić herbatę? No przecież kawa to taki bardziej szlachetny trunek i po prostu wypada go pić. Po pewnym czasie przywykła, ale uważa to za dziwactwo, że na spotkaniu ktoś może pić herbatę.

Dlatego właśnie jak Wojtek opowiedział mi o “kawie Zdzisława” zwanej również “Kubatówką” nie bardzo miałam ochotę na kolejne eksperymenty. Jednak słyszałam, że ona ze względu na specyficzny skład jest lepiej tolerowana przez żołądek. Postanowiłam spróbować. I? Rewelacja! Nie dość, że nieziemsko pyszna to jeszcze rewelacyjnie działa i nie ma skutków ubocznych jakie powoduje tradycyjna kawa parzona. Żadnych sensacji żołądkowych, bólu głowy czy “trzęsiawki” występującej po wypiciu nadmiernej ilości zwykłej kawy. Kawa generalnie wypłukuje magnez z organizmu. Jednak tutaj dodajemy dużo ciemnego kakao, które powoduje dwie rzeczy, po pierwsze daje nam dawkę magnezu a po drugie powoduje, że działanie kofeiny utrzymuje się dużo dłużej niż po tradycyjnej małej czarnej, bo utrzymuje się przez kilka godzin.

A co w niej jest takiego szczególnego. Dwie rzeczy. Po pierwsze, smak (składniki) a po drugie, sposób przyrządzenia, które trwa troszkę dłużej niż normalnie, ale uważam, że efekt jest wart każdej minuty poświęconej przygotowaniu.  Ważne jest jednak, aby trzymać się instrukcji, nie tyle dotyczącej ilości co czynności. Wojtek wyraźnie powiedział mi “Nie mieszaj tego! Syp warstwami i potem jak już się zagotuje to zakręć garnkiem, żeby samo opadło.” Za pierwszym razem jednak coś z tym sypaniem mi nie poszło za bardzo, bo zamiast “rozsiać” kakao po powierzchni po prostu wrzuciłam łyżką i zrobiła się klucha. Żeby ją zlikwidować oczywiście pomieszałam wszystko łyżką. Chwilę potem telefon do Wojtka “Słuchaj, ta kawa jest beznadziejna. Włażą mi te fusy w zęby i ogólnie jakoś tak paskudnie jest w buzi” A Wojtek na to ze śmiechem “Mówiłem, żebyś nie mieszała!” Może ta moja wpadka powstrzyma Was przed mieszaniem :)

KAWA ZDZISŁAWA / KUBATÓWKA

Składniki:
(Dla miłośników przepisów wg Pięciu Przemian w nawiasach podane są smaki wg PP)
G = Gorzki
Sł = Słodki
Sn – Słony
K = Kwaśny
O = Ostry

-         kawa mielona /G/

-         kakao ciemne /G/

-         imbir świeży lub ewentualnie mielony /O/

-         kardamon (najlepiej w ziarnkach) /O/

-         cynamon /O/Sł/

-         goździki /O/

-         może być też wanilia /Sł/ lub chilli /O/

Kawa – Koniecznie dobrej jakości. Najlepiej 100% Arabica, moja ukochana.

Imbir – tu są dwie opcje. Najlepiej świeży. Obrać i zgnieść między łyżeczkami. Ja wybrałam opcję zgniatania go praską do czosnku, bo nie miałam tyle siły, żeby go gnieść łyżeczkami. I taki imbir wrzucamy do podgrzanych kubków / filiżanek i zalewamy gotową kawą. Jeśli imbir mamy mielony z paczki to wtedy wsypujemy go do garnka razem w pozostałymi składnikami

Kardamon – można kupić mielony w markecie, ale to nie ma zapachu, więc polecam kupić w ziarnkach (jest w każdym sklepie ekologicznym), rozłupać i te czarne małe nasionka zgnieść między dwiema łyżeczkami lub utłuc moździerzem. Ja używam około 7-10 tych małych czarnych ziarenek na jedną filiżankę kawy.

Wanilia – ostatnimi czasy uwielbiam tę kawę z ekstraktem waniliowym. (Dwie laski wanilii przekrawamy wzdłuż, ale nie do końca. Tak, żeby utworzyło V. Wkładamy do buteleczki. Zalewamy to 250 ml wódki i odstawiamy na dwa miesiące). Rewelacyjny dodatek do ciast, kremów i naszej kawy. Do kawy dodaję ok. 1 łyżeczki tego ekstraktu.

Cynamon – nie wszyscy są miłośnikami tej przyprawy, więc jak ktoś nie lubi swobodnie może ten składnik ominąć.

Przygotowanie

Do garnka wlewamy tyle kubków / filiżanek zimnej wody ile kaw chcemy przygotować plus trochę wody ?dla garnka? czyli, żeby fusy miały gdzie zostać. (Na dwie kawy dolewam około pół kubka wody dodatkowo).

Kawę mieloną – ilość wedle upodobań – sypiemy do garnka. Tak jakbyśmy “siali”, czyli nie kluchę do garnka tylko rozsypać po powierzchni. Następnie w ten sam sposób sypiemy kakao (około płaskiej łyżeczki na każdy kubek, ale tutaj ilość też wg naszych upodobań). Na to cynamon, 2-4 goździki, kardamon i imbir (jeśli mielony). NIE MIESZAĆ!!!!!!!

Zagotować. Jak zacznie bąblować to od razu wyłączamy. Trzeba uważać, żeby nie wykipiało. Po wyłączeniu należy zakręcić garnkiem i odstawić go na moment żeby fusy opadły. Wlewamy do ogrzanych kubków / filiżanek. Jak troszkę ostygnie (do ok. 60 stopni)  można do smaku posłodzić miodem. (Nie od razu gorące bo ?zabijamy? dobroczynne działanie miodu).

Wydaje się, że to mnóstwo roboty, ale wcale tak nie jest. Po 2-3 razach zobaczysz, że pójdzie błyskawicznie. :)
Poza tym myślę, że ta kawa jest warta tego zachodu, bo tak jak z wszystkim co dobre – “Nie musi być łatwo, musi być warto”.